.

z pudełkiem papierami. Kupiony w kwietniu 2008.
mail@jarekjarosz.com

Gimnastykując umysł powoli, systematycznie wypełniając środek, wiąże mozolnie początek z końcem i historia w filmie zaczyna nabierać sensu. Przyznam, nie jest łatwo. Zaczyna się już krótko po tym gdy tylko świadomość zorientuje się, że to co widać to nie jest już sen. Wówczas następuje automatyczna inicjacja codziennej samo-motywacji, która wraz z upływającym czasem przepoczwarza się w samo-krytykę, by skończyć na wyrzutach sumienia a w końcu obelgach wobec samego siebie. Te z kolei są ostatnim niezbędnym elementem procesu samodzielnego wydostawania się spod ciepłej kołdry do zimnego lutowego świata. Dalej poranna toaleta. To już konkretne plany, założenia i umowy z samy sobą na resztę dnia. Najjaśniejszy moment. Wówczas jeszcze wszystko jest możliwe i bardzo łatwe. Dalej jest śniadanie i pierwsza chwila na odmóżdżenie przy internetowym, obowiązkowym sprawdzaniu kto, gdzie i kiedy. W końcu następuje pierwsze podejście do laptopa. Ważne jest też miejsce. Musi być jak najbardziej ascetyczne, takie by nic nie rozpraszało uwagi. Najlepiej tuż przed jakąś gołą ścianą. Wokół sterta poduszek. Przecież będę siedział cały dzień. Nie mogę się zmęczyć. Teraz kawa. Najważniejsze. Kulminacja dnia. Żółta czibo. Najlepiej świeżo otwarta. Lepiej smakuje. Laptop zdążył się już rozgrzać. Siadam. Pierwszy łyk. Mało cukru. Pędzę do kuchni by nie przegapić momentu optymalnej temperatury kawowej. Takiej, w której jeszcze parzy, ale da się już pić. I już siedzę. Otwieram dokument z filmem. Trochę potrwa zanim się otworzy. Nie tracąc sekund sprawdzam szybko pocztę. Ciekawy link. Interesujące, ale mam ważniejsze sprawy. Przecież pisze. To takie ważne, najważniejsze. Przecież tyle na to czekałem. Wracam do worda. Gdzie ja to byłem? Tyle już tych stron. Czuje, że zaczynam być śpiący. Jak to możliwe? Przecież dopiero wstałem. Ahh. Mam kawę. Duży, dobry łyk. Pisze. Myślę. Na moment staję się Bogiem. Decyduje o losach ludzi, o ich charakterach, rodzinie. Kto umrze, kto będzie bogaty, kto szczęśliwy…. Szybko popadam w poboczny wątek. Wracam. Pisz!..Ale jestem śpiący. Dlaczego ta kawa działa tylko na pęcherz? Lece więc do kibla i w drodze obiecuje sobie, że już się nie oderwę. Siadam. Pisze. Jestem głodny. Nie mogę pisać myśląc o jedzeniu. Wychodzę. Szybki lancz. Wracam. Specjalnie nie wyłączyłem laptopa by nie zaczynać od początku. By po powrocie tylko wbić się w historie i pisać. Po jedzeniu kawa nr dwa. Już nie taka dobra, ale równie ważna. Wciąż jestem śpiący, ale muszę pisać. Siadam. Gdzie ja to byłem? Tak. I znów decyduje. Jestem panem. Ale może ktoś ciekawy wysłał mi maila? Przecież to tylko chwila. Sprawdzam. Nic. Facebook? Pisze. Może jak się położę na chwilę i prześpię to będę świeższy i lepiej mi pójdzie. Nie. Musze pisać. Przecież jeszcze tak dużo do napisania, a jak skończę to wyjadę. I już jestem w Indiach. Chodzę po rozgrzanych ulicach. Klaksony samochodów dźwięczą w uszach a ja jestem wolny. Leże na plaży. Nowe miejsca, nowe twarze. Przygoda. To mnie motywuje, więc wracam myślami z powrotem do zimnego pokoju. Pisze. Zapadł już zmrok. Nie mogę przecież tak cały dzień bo się wykończę. Musze od tego odejść. Nabrać dystansu. Szukać inspiracji. Ale im szybciej skończę….Dobra, pisz! Ktoś dzwoni. Ktoś musi. Nie odbieram. Może to ważne? Odbieram. Już tak późno. Wyjdę gdzieś, przewietrzę się to mi dobrze zrobi. Napisze to jutro. Idę spać.
byle do wiosny
piszę…od przyjazdu z polski…..codziennie….jeśli nie piszę… to myślę o tym co pisać…a historia zaczęła rozjeżdżać się na boki…film ma nowy początek…i jest nowy tytuł……chcę skończyć ten tratment jeszcze przed nowym chińskim rokiem…. była świnia, szczur i wół…. za kilka dni będzie tygrys…jestem pewien, że to dobry znak…będzie dobrze…
dzięki za ostatnie trzy lata…
kto by się spodziewał
Tu, czasem dobrze grają. Pozytywnie wpływa to na nocną twórczość. Tylko, że później nad ranem, zegarek w komórce zaskakuje mnie niemiło dwucyfrowa godziną i dzień w zasadzie przestaje istnieć. I wtedy, bez normalnego zmarzniętego poranka czuje się jakiś wykluczony z życia, jakbym przegapił coś wielkiego. Jakby cały świat miał do mnie pretensje i wyrzuty za moją zmiętą gębę o 12 w południe. Bez codziennego łażenia do pracy, czy szkoły trudno opanować czas. Zresztą może nie ma czego żałować. Może właśnie teraz tak ma być. Przecież styczeń jest taki piękny. Chmury zeszły tu już tak nisko, iż bez trudu przechodzą sobie przez mój pokój na 13tym piętrze. Woda w cudowny sposób skrapla się na ścianie tworząc wewnętrzny mikroklimat. Przypuszczam, że podobny do tego jaki można spotkać w lesie, gdzieś w Amazonii. Z prywatnym deszczem. Wszystko w jednym rogu, tuż przy oknie. Do tego kupiłem sobie wielkie, elektryczne, 1200 watowe słońce i atmosfera stała się tak przyjemna, że trudno wyjść z domu. I tak pewnie pozostanie przez kolejny miesiąc, może dwa. Tyle daje sobie by napisać pozostałe sześćdziesiąt minut do Lilian.
Więcej już chyba nie wyrobię.
Ocieplenie klimatu coraz bardziej działa mi na nerwy. Z każdym rokiem zima wydaje się zimniejsza a kolejne lato ginie gdzieś w strugach szarego deszczu. Nawet twardy dysk, podczas mojej nieobecności, nie dał rady i zamarzł na zawsze. Ale to jeszcze bardziej motywuje mnie do pracy nad tym by stąd uciec… i chyba wszystko idzie w dobrym kierunku… bo w Warszawie całkiem mili ludzie i wygląda na to, że jeszcze się tam pojawię.
Nie zna ktoś kogoś kto ładnie szkicuje i mieszka w okolicy?
Zgasło główne światło a twarze okryte srebrnym blaskiem, skrycie zdradzały jakże mi ważne intymne emocje. Czasem nawet ktoś głośno się zaśmiał. Dopiero w piątek wieczorem, tuż po seansie dotarło do mnie, że coś zamknąłem, coś skończyłem, że było warto… to się stało… już. Skończyłem wreszcie nie tylko sam film, ale chyba coś więcej. Dziękuje wszystkim, którzy dotarli.

Na zewnątrz
zimne, niebieskie powietrze przejmuje powoli kontrolę nad w oczach słabnącym pomarańczem, a to zdecydowanie nie wróży niczego dobrego. Na moich ulubionych blogach już od dawna widać gorączkowe ruchy tych, którzy nadchodzące krótkie, bure dni zamienią na coś dużo bardziej przyjemniejszego. Jedno z tych miejsc, gdzie liście o tej porze roku mocno trzymają się drzew a ludzie mają czas zupełnie za nic. Czytam o przygotowaniach do wyrwania się na Bangkok, Goa, do Brazylii, Pekinu czy Mongolii. Na mojej mapie ląduje kolejny punkt, miejsce, do którego trzeba kiedyś dotrzeć. Któryż to już rok obiecuję sobie, że następną zimę spędzę z dala od matrixa? … Przynajmniej drugi jak nie trzeci, ale to i tak spokojnie wystarczy do tego by załadować moją małą porcję frustracji. Przecież nie będę czekał w nieskończoność. Chcę te miejsca zobaczyć jeszcze bez okularów, z własnym uzębieniem i chce mieć jeszcze choć trochę włosów, które będzie burzył ciepły wiatr. Zastanawiam się co by było, gdybym pilota i telewizor wyrzucił kilka lat wcześniej. Gdzie bym teraz był? Trudno powiedzieć. Być może nigdzie, bo by coś zmienić potrzebne jest to nagłe, skondensowane uderzenie, impuls. Coś na tyle mocnego by zmusić nas by iść pod prąd, obudzić się tego najważniejszego poranka. Poczuć siebie. Wydaje mi się, że wówczas łatwiej zrozumieć sens. A wtedy już jest dużo prościej. Łatwiej robić rzeczy, które każdy z nas dusi gdzieś skrycie, o których z pasją potrafi opowiadać a później z tą samą łatwością odkłada na półkę z napisem nie dam rady, to nie dla mnie. Pamiętam komentarze pod nagrodzonymi na World Press Photo zdjęciami Tomasza Gudzowatego -”gdybym miał tyle kasy co on też bym takie zdjęcia robił”. Z pewnością pieniądze pomagają i nie da się bez nich obejść, ale nie są najważniejsze, co chyba przez ostatnie lata udało mi się z powodzeniem tutaj udowodnić. Setki zdjęć a nawet film prawie wyłącznie z pasji i chęci. Marzenia, na które każdy jeśli tylko chce, może zapracować w letnim sezonie na zmywaku bangladeskiej knajpy w Londynie. Przecież żaden Bóg nie wpisał nam w metryce ośmiogodzinnego dnia pracy, jakiejś gotowej recepty na to jak żyć by przeżyć. Czasem nie ma innego sposobu, czasem trzeba schylić głowę, poświęcić kilka miesięcy. Znikać zanim wzejdzie słońce i wracać kiedy dawno go już nie ma, ale nie warto się poddawać bo życie jest po to by go używać. Teraz przyszedł czas, gdy zmuszony ponownie oglądam świat w jarzeniowym świetle biurowego pomieszczenia. Taki czas by spokojnie zastanowić się co dalej, bo możliwości jest wiele… i są też Indie… tak na wszelki wypadek. Trudny to czas. Pewnie najtrudniejszy. Jest już zbyt daleko by zawrócić.
Pewnie długo nie wysiedzę.
Przyznać trzeba, że gdy byliśmy mniej więcej w połowie zdjęć, już wówczas zacząłem nabierać przekonania, że film raczej nie powali nikogo na kolana, ale przynajmniej spokojnie się obroni, a to zawsze coś. Prawdopodobnie większość moich znajomych z roku, do tematu pracy dyplomowej jak i wcześniejszych filmów, podeszła bez specjalnego stresu i właśnie z takiej perspektywy, by zrobić coś co wystarczy do zaliczenia. Trudno się też dziwić, nie każdy słyszał o łódzkiej filmówce, nie mówiąc o katowickim WRiT i nikt nie musiał się porównywać do tego co tam powstaje pod koniec czteroletnich studiów. Będąc tutaj, gdzieś w podświadomości musiałem toczyć tą nierówną walkę z tym co w Polsce. Z prawdziwymi, filmowymi kamerami, wsparciem ze strony najlepszych polskich fachowców, czy zastrzykami finansowymi ze strony polskiego instytutu sztuki filmowej.
Okazuje się jednak, że taka ukryta konkurencja może przynieść pozytywne rezultaty. Lilian (wciąż nie wymyśliłem lepszej nazwy) film, z pożyczonym budżetem, (który głównie został wydany na paliwo i ubezpieczenie) pobił rekord Breath i otrzymał 85% - distinction w angielskiej skali ocen dzięki czemu, jak się właśnie dowiedziałem, uzyskałem tytuł magistra filmu z wyróżnieniem (highest honors). Heh, na politechnice by się przewrócili. Pewnie do dziś pamiętają moją matmę.
Chyba wciąż to do mnie nie dociera. Ta cała roczna bitwa zmęczyła mnie na tyle, iż ten najlepszy moment, w którym na biurku położyłem kopertę z płytą DVD, dokumentacją, scenariuszem, przyszłą strategią marketingową i innymi papierami pisanymi last-minute, nie przyniósł mi jakiejś specjalnej ulgi. Dzień wcale się nie wydłużył, a gdy po raz ostatni wszedłem do wagonu czerwonej linii metra, wciąż nie mogłem bez wyrzutów sumienia spokojnie zagubić się w we własnych myślach. Pamiętam jak przez ostatni rok z zazdrością patrzyłem na znudzonych pasażerów czytających rubryki sportowe, podczas gdy ja w stresie, na szybko doczytywałem strony mądrych książek, próbując połapać się w temacie tak by za kilka minut nie dać się zaskoczyć wykładowcy. A w tym samym czasie na boku wytrwale zbierałem mozolnie cenne wyrazy moich kilkutysięcznych esejów. Trudny rok. Trzymając się chaotycznego planu, bez spodziewanej euforii dojechałem do tej pierwszej planowanej stacji. Może po prostu trudno mi uwierzyć, że to zrobiłem, że to już koniec. Film wcale nie wylądował na półce w oczekiwaniu na premierę, wciąż jestem niezadowolony. Jeszcze do wczoraj eksperymentowałem z kolorami by w końcu przez wersję czarno-białą wrócić do punktu wyjścia. Za każdym razem wynajduję kolejny błąd, trzask, którego nie da się wyczyścić, ale można wciąż poprawiać… w nieskończoność, a każda zmiana to godziny eksportowania. Dziś raz kolejny obiecałem sobie, że to już koniec, że to film studencki bez budżetu, bez doświadczenia, że zrobiłem wszystko co mogłem. Lilian ma 31min samej fabuły, bez części dokumentalnej, z której chwilowo zrezygnowałem. Wypalam płytę, kończę stronę filmu i …w drogę.
Ostatnie godziny przed pierwszym prywatnym mini-pokazem filmu już z napisami. Prawie cztery miesiące pracy dla krótkich trzydziestu minut. Dziś musi być jakiś mały reset.
Powered by WordPress