I jesteśmy. W pierwszych słowach muszę podziękować Bogu, za to jak pięknie to wszystko sobie tu wymyślił. Wschodzące słońce nad Iranem będąc 10tys metrów nad ziemia to nie zapomniany widok.
Jesteśmy w Mumbai. Zamiast o 11 rano, wylądowaliśmy dopiero o 15:00 czasu lokalnego. Zapach uderzył nas zaraz po wyjściu z samolotu. Dziwny smród wmieszany w tutejsze powietrze. Jak gdyby mieszanka palonych śmieci, spalin i może trochę coś z tutejszych przypraw i kadzidełek. Przypomina smażona rybę, jest wszędobylski. Czasem nasila się do granic niemożliwości. Po szczegółowej kontroli celnej i wypełnianiu śmiesznych kwitków, w końcu wyszliśmy na ulice… Zdałem sobie sprawę jak bardzo tęskniłem za latem. Kurz i smog od razu uderza mnie w przełyk. Oczy zasypują się kurzem, wargi z tego samego powodu momentalnie staja się suche. Stojąc przy wyjściu z lotniska od razu staliśmy się idealnym celem pierwszych naganiaczy i raz po raz ktoś nas zaczepiał oferując wszelkie możliwe usługi. Pierwszą rzeczą jaką musieliśmy zrobić to zadzwonić do znajomego Gerego, który miał nas powitać na lotnisku, gdzie się nie pojawił. Niestety jak się później zorientowaliśmy telefony podzielone są na lokalne i… nie lokalne ;) co zmyślnie uniemożliwiało mi dodzwonienie się do nagranego nieznajomego. Kiedy już mieliśmy się poddać zauważyłem Hindusa przemykającego przez ulice z wymalowanym kartonem SIMON / ERIC. Był to hotelowy Taxi driver ,który powiedział, że zabiera nas do jakiegoś hotelu,a został przysłany przez owego nieznajomego, który ze względu na nasze opóźnienie zdecydował, że nie będzie czekał.
Jedziemy. :)




Wspaniale przeżycie. Zasada jest jedna… Na wszystko najlepszy jest klakson. Kierunkowskazy nie istnieją. Przed wyjazdem jako długoletni kierowca czułem się na silach by pojeździć tu autem. Teraz zmieniam zdanie. Europejski kierowca miałby tu problem przebić się przez pierwsze większe skrzyżowanie. Jeżdżą tu we wszystkich możliwych kierunkach nie bacząc na żadne przepisy. Linie na jezdni mimo, że ładnie wymalowanie nie mają tu żadnego znaczenia. Ilość pasów w danym kierunku determinowana jest przez aktualne natężenie ruchu. Raz droga ma dwa, trzy pasy do centrum i jeden powrotny by po chwili ta sama droga prowadziła w odwrotnym kierunku.
Hotel.
Nie ma się co tu rozpisywać. Nie spodziewaliśmy się niczego luksusowego, wiec nie zaskoczył nas nasz pokoik. Prysznic z zimna woda na środku łazienki lejący wprost na marmurowa ziemie, olewając wszystko w około tak, że późniejsze korzystanie z toalety było mocno utrudnione. Woda spływa do malej dziurki w podłodze. Okna przypuszczam, że były myte gdy je wstawiali jakieś 10 lat temu. Cena 2500rp to dość wysoka cena, ale że to nasz pierwszy room byliśmy gotowi zapłacić frycowe. W międzyczasie pojawił się nasz umówiony Hindus, wiec byliśmy gotowi na nasz pierwszy spacer.
Idziemy…

Pierwsze kroki popełniałem ostrożnie by w coś nie wdepnąć. Jednak szybko o tym zapominaniem bo 100% mojej uwagi zostało skupione na nauce przechodzenia przez drogę. Pierwszą “wielopasmówę” przechodziliśmy z Szymkiem dosłownie 5 min. Auta niczym rzeka płyną bez przerwy. Trójkołowe Riksze wbijają się nawet w coś co można nazwać chodnikiem. Prześladuje mnie warzenie, że zaraz coś we mnie wiedzie. Jednak po jakimś czasie zauważam, że o dziwo nic nikomu się tu nie dzieje. To cale trąbienie to nie oznaka irytacji kierowców a “grzeczne” informowanie wszystkich wokoło: uwaga jadę !!!

15 minut spaceru w ustach i oczach czuje piach, gardło zaczyna piec. Bez wody się nie obejdzie. Na szczęście w Indiach wszystkie budynki i chodniki mieszczą wszelkiej maści sklepy i kramy, wiec butelkowanej wody jest tu pod dostatkiem.
Bierzemy Riksze.
Szaleństwo! Serce w gardle. Jedziemy z kolesiem, który jedna nogę ma schowana pod czterema literami a druga operuje pomiędzy gazem i hamulcem. Biegi zmienia w ręce. Jedzie do przodu i w poprzek drogi, po chodnikach miedzy ludźmi nieustannie trąbiąc. Nawet teraz, z dala od drogi, siedząc w dość nowoczesnej kafei ciągle słyszę piii, pii, pii pii.

Dojechaliśmy do morza, słońce już zachodziło. Plaza pełna ludzi. Jako jedyne białasy przykuliśmy uwagę tubylców i … niestety nie było już spokoju. Nogawki miąłem zaraz oberwane przez dzieci wyciągające ręce by im coś dać. Powoli stawało się to irytujące. Nie można nawet na chwile siąść i odpocząć. Ciągle ktoś cię szarpie, podchodzi nudzi o drobne, albo chce ci coś sprzedać. Sunil, nasz nowo poznany kolega postanowił zabrać nas na dworzec kolejowy.
To był strzał w 10tke. Jeżeli chcesz zobaczyć Indie koniecznie wpadnij na dworzec. Tysiące ludzi gdzieś pędzi. Wygląda to tak jakby właśnie zamknęli wszystkie zakłady i wszyscy chcą wracać nagle do domów. Postanowiłem przyczaić się na schodach by mieć lepszy widok na to zjawisko. Ludzie omijali mnie jak woda opływająca wystający w rwącej rzece głaz. Podjeżdża pociąg. Nie zdążył się zatrzymać a polowa ludzi już wysiadła a reszta w pędzie już zaczyna się ładować. Po chwili ludzie wypełniają wagony po brzegi a mimo to chętnych jest jeszcze bardzo dużo. Dla hindusa nic trudnego, już po chwili zapełnia się DACH (!). Centymetry od przewodów wysokiego napięcia spokojnie zasiada sobie jakaś para. Nie chciałem wyglądać jak Japończyk pstrykający foty w Krakowie na rynku, ale naprawdę nie moglem się powstrzymać, budząc przy tym zainteresowanie przechodniów.

klasycznie doładowany pociąg z Mumbai

kto nie wejdzie do środka znajduje miejsce na dachu .
Dzień pierwszy, który ze względu na różnice czasowa trwał nie wiadomo jak długo, zakończył się mila kolacyjka w przydrożnej knajpce.
Jak na pierwszy dzień. Bardzo mile warzenia. Szoku doznałem oglądając karalucha wielkości… malej myszy. Myślę ze nie byłbym w stanie go zabić ze względu na to, co pozostało by po nim. Sunil, który wówczas dumnie pokazywał nam swój pokój pozostawił robala mówiąc, ze żyją razem i otworzył balkon wyprowadzając robala na spacer. Spojrzałem wymownie Szymkowi w oczy. Nieźle się zaczyna.