Jarek Jarosz -photolife

28/02/2007

Panaji/Old Goa

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:49 pm

Dziś zamiast stopem, do Panaji dotarliśmy za pomocą lokalnego Busa. Takiego z wielkimi otwartymi oknami, przyozdobionego pięknymi kwiatami. Bilet w cenie 10rp i brak dodatkowych komplikacji związanych z agentami, czy specjalnymi biurami, tak jak to było w przypadku pociągu, skusił nas do wybrania tego rodzaju środka transportu. W takim autobusie bilet sprzedaje konduktor.

Do Panaji, miejscowości usytuowanej dalej na południe stanu Goa, przyjechaliśmy po zaledwie 40minutowej podróży. Tym razem odrzuciliśmy wszelkie oferty taksówkarzy stawiając na znacznie zdrowszy i tańszy sposób - spacer z tobolami. Daleko jednak nie uszliśmy. Wysoka temperatura dziesięć kilogramów w plecaku plus osobna torba na aparat, szkła, statyw- to wszystko zmusiło nas do szybkiego postoju na przydrożnej ławce, gdzie byliśmy wystawieni na nowe ataki taksiarzy tak usilne, iż w końcu się poddaliśmy. Zabrał na w głąb lądu do mieściny zwanej - Old Goa, gdzie prócz kilku ruin wielkich portugalskich kościołów i jednego komunistycznie wyglądającego hotelu nie ma kompletnie nic. Szybko pozbyliśmy się natręta i zaczęliśmy zwiedzać nowy pokój. Tym razem z wielkim prusakiem. Załamałem się na widok nowego gościa i szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałem co z nim począć. Szymek miał odwagę go “zbutować” nie bacząc na ewentualne konsekwencje uśmiercenia tak wielkiego robala.Naprawdę nie chciałem tego widzieć jednak później skusiłem się by to udokumentować na zdjęciach.

prusak.jpg

Reszta dnia upłynęła nam na zwiedzaniu miasta. Przeszliśmy już jego sporą cześć. Byliśmy na meczu krykieta miejscowych blokowców, którzy to zaraz po sesji otoczyli mnie w trzydziestu, by podziwiać swoje postacie na małym ekraniku aparatu. Obiecałem, że wyślę im maila. To zadziwiające jak łatwo tu o znajomość.
baseball.jpg

Niebo dalej bez najmniejszej chmurki.

Calangute ride

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:27 pm

Wczoraj dostaliśmy do swojej dyspozycji motocykl marki Yamaha, wyprodukowany gdzieś około 1970 roku. Wypożyczenie takiej maszyny to koszt 200rp i po zdobyciu paliwa, można jeździć do woli. Paliwo kopiliśmy nieopodal w sklepie spożywczym. Obok chleba, coca-coli i innych trunków, sprzedawca trzymał kilka litrowych butelek (coś jak te po oleju do smażenia) z benzyną. Kupiliśmy dwie. Sprzedawca wypełnił nasz pojazd, zabrał butelki i mogliśmy pędzić. Postanowiliśmy jechać gdzieś przed siebie w kierunku wschodnim, byle dalej od turystów.

Pędząc, przecinaliśmy gorące powietrze i mijajliśmy coraz piękniejsze wioski umiejscowione głęboko w lasach palmowych. Tu życie płynie o wiele spokojniej. Ludzie jeszcze bardziej uśmiechnięci i życzliwi. Trudno opisach takie miejsca. Myślę, że nawet zdjęcia nie oddadzą tego klimatu. Tu po prostu trzeba być.

Po jakimś czasie musieliśmy znów wrócić do miasta by uzupełnić spalone paliwo. Przed wyjazdem byliśmy ostrzegani, że w każdej chwili możemy spotkać miejską policje, która zawsze chętnie da się przekonać, iż nie ma racji. Dwie białe głowy na czarnym motocyklu widoczne z bardzo daleka były bardzo łatwym celem i oczywiście musieliśmy się na ną natknąć. Driving licence please. Dostał w ręce nasze prawo jazdy i po krótkich oględzinach stwierdził, iż nie o takie mu chodzi. Tu wymagane jest międzynarodowe. Oczywiście żaden z turystów takiego nie ma. My również. Dowiadujemy się więc, iż mandat wynosi 1200rp, ale rozglądając się na boki dodaje, że może dać zniżkę i bez mandatu za 600 możemy jechać. Staraliśmy się jak zwykle targować, ale wydawał się nie ugięty. Nie bardzo wiedziałem jak zachować się wobec władzy z kraju takiego jak Indie. Domyśliłem się, iż nie może różnic się bardzo od innych i gdy Szymon dalej walczył o zniżkę, wyjąłem 400rp i bez słowa zamieniłem je na prawo jazdy, które mundurowy trzymał w ręce. Policjant kompletnie nie reagował na to co robię. Nawet nie wiedział ile mu daje, totalna ściema. Rozglądał się kompletnie nas ignorując i od tego momentu już nas nie widział. Schowałem prawko do portfela i niewiedząc do końca czy wszystko jest jak trzeba, poczęliśmy oddalać się z miejsca zdarzenia.

Słyszeliśmy, że taka sytuacje to tutaj nic nadzwyczajnego, wiec gdy otąrząsneliśmy się z chwilowego szoku, tuż po chwili wiatr znów rozwiewał nasze grzywy. Jeździliśmy tak aż do późnej nocy poznając zakamarki i okolice Calangute.

27/02/2007

Calangute

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 09:51 am

Wczoraj wieczorem pokusiliśmy się o normalna kolacje i poranne testy wykazały, że wszystko jest już w normie.

Dzisiejszy dzień to kontynuacja relaksu na plażach, kąpiele, handlowanie i spacery. Jak tylko zejdziemy z kompów planujemy wypożyczyć motocykle i zwiedzić okolice. Spacer po Calangute uświadamia mnie w olbrzymiej różnicy pomiędzy metropolia jaka jest Mumbai a ta mała wioska na Goa. Kompletnie inny świat. Budynki przypominają filmy z Zorro. Takie białe kapliczki z krzyżem na szczycie a na bokach dzwony. W sklepach i knajpkach wiszą obrazy Jezusa przyozdobione kwiatami. Tym razem populacja miasta dzieli się na trzy grupy:

Najliczniejsza to oczywiście handlarze, druga - równie liczna to taksówkarze (nadzwyczaj natrętni) a trzecia grupa niewiele mniejsza, to turyści, głównie z UK.

To nasza ostatnia noc w Calangute. Jedziemy dalej na południe. Postanowiliśmy, że tym razem spróbujemy “na stopa”. Zobaczymy jak będzie. Zdjęć nie da się wysłać bo w kafejkach mają jakieś śmieszne programiki blokujące dostęp do wszystkiego poza przeglądarką.

Jest super Ciepło ;) Staje się czerwony.

26/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:09 pm

Na pocieszenie najlepsi kierowcy świata (plik avi) crmv0016.AVI

Goa/Calangute

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 11:19 am

Szymek został w hotelu. Przechodzi znacznie gorsza wersje tego czego ja o włos nie dostałem wczoraj. Nawet nie próbuje sobie wyobrazić 700km przebytych autobusem (bez postoju) z takimi problemami jakie dotknęły mojego kompana.
Widziałem już plaże. Piękno niczym z okładek magazynów turystycznych. Palmy kłaniają się ponad złocistym piaskiem plaży ciągnącej się dokąd wzrok sięga. Na niej rozłożone leżaki przy każdym cudowny parasol wykonany z bambusa i palmowych liści.
Co kilka metrów chatka, również wykonana w bambusowej technologi, oferująca rozmaite drinki, zakąski i coś więcej jeśli tylko masz ochotę. Jako wytrawny znawca temperatur wody kąpielowej, stwierdzam, że jest idealna. Słynę z tego, iż nie wytrzymuje w wodzie dłużej niż kilka minut. Tu nie mam dość. Tradycyjnie muszę wspomnieć, iż leżakowanie przerywane jest raz po raz przez sprzedawców. Ciągle coś nowego “very cheap sir”. Maja znowu okulary, ręczniki, mapy i korale, na które kilkakrotnie się skusiłem. Już cała ma lewa ręka wygląda jak choinka, obłożona ozdobami po sam łokieć.

Jednak po wcześniejszym pobycie w Mumbai, życie w Calangute (tak nazywa się miejscowość, w której obecnie przebywamy) muszę przyznać lekko przynudza. Głównie ze względu na swój typowo turystyczny klimat. Gdyby nie klaksony i wysokie palmy to można by zapomnieć, że to koniec świata. Masy białych turystów, psują dzikość tego miejsca. Nie ma świętych krów, zapachu zmęczenia, większość z klimatu gdzieś pochowana. Aparat w torbie. Brak weny. Jest pięknie dla oka, nie dla duszy. Można się wyluzować by zebrać się na dalsze wyprawy. Raduję się pogoda 40C na plaży powoduje euforie w mym sercu. Smogu brak. Widoczność znów aż po horyzont. Można oddychać.

Ja myślę gdzie by tu uciec a tubylcy, chłopcy młodsi niż ja, proszą mnie na kolanach by coś od nich kupić wytrzeszczając te swoje wielkie czarne oczy. Sami montowali te różności. Ja w ich wieku moglem studiować, bawić się, żyć pełnia możliwości. Oni  chodzą w 40 stopniowym upale po plaży, prosząc się od białych o “cokolwiek”. Nie mówię, że u nas jest lepiej, nie ma biedy, ale tutaj czuje się dziwnie patrząc na to z tym swoim innym, “lepszym” kolorem skóry. Kopiłbym od nich wszystko, ale niestety mnie nie stać. Indie to wielki kraj.

Goa

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 06:39 am

Goa to już zupełnie inna bajka. Jesteśmy tu od kilku godzin. Widoki kompletnie inne. Palmy, bary, puby, kaplice z krzyżami i auta z napisami Ave Maryja. Portugalia dominowała tu jeszcze całkiem niedawno i bardzo widać jak zakorzenił się tu bardziej europejski klimat. Trzeba jednak trochę pomieszkać by napisać coś więcej. Tym razem Hotele maja o wiele wyższy poziom. Mamy olbrzymi pokój z balkonem i normalnym prysznicem. Z pewnością trzeba będzie wejść gdzieś głębiej by zobaczyć coś bardziej prawdziwego.

Dzięki za majle. Czytam wszystko.

goa.jpg

(Stan Goa - jeszcze niedawno była tu Portugalia)

Jedziemy na Goa

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 06:34 am

19:30 czau lokalnego a my zaopatrzeni w 2 litrowe butelki wody tym razem “wyprodukowanej” by PEPSI staliśmy gotowi z całym dobytkiem pod naszym biurem turystycznym. Ticket please. Tym razem z minami jak gdyby nigdy wcześniej nas nie widzieli. Pokazuje świstek schowany w kieszeni i po szybkiej kontroli dostajemy przewodnika, który ma doprowadzić nas na dworzec “PKS” za co oczywiście spodziewa się zapłaty. Po drodze mijamy autobusy, które na pewno wprowadziły by w zdumienie nie jedna stacje kontroli pojazdów. Na szczęście nasz pojazd wyglądał przyzwoicie z zewnątrz, bo wewnątrz to już prawdziwe arcydzieło rzemieślnicze. Ponad głowami “normalnych” pasażerów, zamontowane zostały prycze. Mniej więcej 40cm poniżej standardowych schowków. O takie właśnie miejsca leżące wcześniej mało się nie pozabijaliśmy. heh. Generalnie w najwyższym punkcie mam około 60cm luzu, własna lampkę i 1/5 okna. Nie polecam osobom z klaustrofobia. Czułem się tam jak wówczas, gdy miałem 10lat i budowałem sobie domek z koców rozłożonych pomiędzy tapczanem a dwoma krzesłami. Jak dla mnie może być. Nigdy nie chciałem dorosnąć.

Elephanta dokonczenie

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 06:17 am

Uśmiechnięte twarze agentów turystycznych, pracujących w czymś co przypomina przyczepę podobna do tych używanych u nas do organizowania strzelnicy, powitały nas z daleka. Hello Sir, going to Goa? Znaliśmy ceny z góry wiec nie było targu. Prawie dobijaliśmy dila, gdy jakiś profesjonały naciągacz przyprowadził nowego białego nieszczęśnika oferując mu ten sam bilet w cenie przewyższającej naszą o 300rp. Szybko poinformowaliśmy nowego, że właśnie stał się ofiarą własnej niewiedzy a ten szybko wycofał się z transakcji powodując furie naganiacza. Łowca zaczął wrzeszczeć na swoich pracodawców (jak się domyślałem nie znając hinduskiego), iż zdradzili nam wysokość minimalnej ceny i teraz on straci cale swoje znaleźne za świerzaka. By nie robić dalszego zamieszania i widząc napływające łzy w oczach myśliwego z dworca, po krótkiej naradzie wspólnie idziemy na kompromis i każdy z nas dorzuca do owej minimalnej kwoty po 50rp by opłacić poszkodowanego. Nastała zgoda. Uśmiechy powróciły na wszystkie twarze.

Nasz nowy znajomy to Daniel, który dotarł tu z Izraela i planuje 6cio miesięczny pobyt w Indiach. Jest jeszcze kompletnie nie uświadomiony w tutejszej walce o przetrwanie. W ciągu jednego dnia przepłacił na wszystkim, czym mógł i miał tego zdecydowanie dość. Mogliśmy poczuć się w końcu weteranami. Swoje już wiemy.

ELEPHANTA.

Taxi i jesteśmy na wybrzeżu. Nie ma zbyt wiele czasu, wiec szybko kupujemy bilety na prom. Opędzamy się od kolejnych wciskaczy “czegosieda” i jesteśmy na pokładzie. Tu jak zwykle niespodzianka dodatkowe 10rp by wyjść na górny pokład. Płacimy, choć widoki i tak nieciekawe, gdyż zasięg wzroku ciągle ograniczony przez wszędobylski smog. Jedynie mijane olbrzymie kontenerowce zwracały uwagę turystów.

Po ponad 40min dopływamy do wyspy, bujnie porośniętej zielonym buszem. Droga na wyspie usłana straganami i ponownie przebijamy się przez tłumy. Po drodze dwa szlabany z podatkiem od turystyki, świerzego powietrza, bycia białym… Postanowiłem, że odłączę się od chłopaków bo nie przyleciałem tu by łazić owczym pędem za jakimś turystycznym tłumem. Skok przez plot i jestem na łonie natury. Rozpocząłem wspinaczkę.

Już po kilku chwilach moje braki z botaniki Indyjskiej zapoznały mnie z dziwna rośliną, która wbiła się we mnie i nie chciała puścić. Próby uwolnienia zaznajomiły mnie z jakością o ostrością kolców wysuszonego krzaka. Każdy kolejny ruch powodował zapętlanie się kolczastych pędów i coraz mocniejsze kłucie. Szczęśliwie skończyło się na lekkim zadrapaniu i moglem iść dalej. W końcu spotkała mnie nagroda. W gąszczu natknąłem się na spora małpia rodzinkę. Od maciupeńkich małpiątek po dużych zamyślonych dziadków. Nie wiedząc jak zareagują na moja różowa koszulkę,  tym razem podchodziłem do sprawy ostrożnie. Mam nadzieje, że to nie przez wygląd, ale małpy kompletnie mnie zignorowały i moglem spokojnie zasiąść obok i pstrykać do woli. Jak się znudziłem pożegnałem towarzystwo i wróciłem na statek kadrując kilka krów.

malpa.jpg

25/02/2007

Elephanta

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 01:41 pm

Wczoraj wieczorem zamówiliśmy budzenie na 8:30. Nasz landlord potwierdził stanowczym - Yes Sir. Następnego ranka, o wiele później obudziła nas matka natura. Nie zdziwiłem się wcale ;). Trudno tez nazwać ranek, rankiem gdy w pokoju bez okna o 10 rano nie widać własnej dłoni.

Na dziś zaplanowane są dwie “atrakcje”. Targ o bilet na Goa i wyprawa na wyspę Elephanta.

Poranek przyniósł również pierwsze ostrzeżenie. Przestrogi o tutejszej wodzie okazały się nadzwyczaj prawdziwe. Choć oboje unikamy lokalnych wodopojów, nie da się uniknąć zjedzenia czegoś, co nie było podmyte w tutejszej wodzie. Ratunek w postaci 3 tabletek węgla jak na razie skutecznie “zatrzymuje” katastrofę. Chwilowo nie jem nic zapychając się wodą z butelki z napisem w typowo tutejszym prze-kolorowanym stylu 100% orginal by Coca Cola.

Przed wyjściem w miasto, wyskoczyliśmy do naszej lokalnej kafejki, tym razem na gorzka herbatę. Po chwili byliśmy już gotowi na nowy dzień wypełniony niezliczonymi targami z miejskimi handlarzami. Handlarzem jest tu chyba każdy od urodzenia. Taki narodowy zawód. Coś jak marudzenie w Polsce.
Wiedziałem, że muszę zdobyć dziś dodatkowa pamięć do mojego aparatu. W pierwszym sklepie wprawiony już w tutejszym przekomarzaniu, wykłócałem się o swoje aż w końcu zrezygnowałem z oferty dwukrotnie przewyższającej ceny z Londynu. Mogą mnie robić na tych swoich ciuchach, czy wszystkim innym, ale nie na czymś co wiem ile kosztuje. Zostało mi trochę fontów, wiec moglem sobie wyliczyć po mojemu ile to naprawdę jest warte i oszczędziłem pracy kolejnemu sprzedawcy. Większość Hindusów ma przyrośnięty palec do kalkulatora. Znając cenę za ile mogą sprzedać towar i tak udają matematyków rachując ile można, mamrotając coś pod nosem. W końcu przerwałem jego ekscytacje matematyka i położyłem funty na ladę. Kilku znajomych zasypiających w sklepiku, poczęło obmacywać walutę sprawdzając jej oryginalność. Jeszcze tylko telefon do przyjaciela, który zna kursy walut i pamięć jest moja.

Zadanie nr2. to kupno biletu autobusowego, które również zakończyło się sukcesem, ale o tym nasennym razem, gdyż muszę uciekać bo odjazd o 20:00

Napisze również o Elephanta, wyspie gdzie poznałem małpy…

Jedziemy na Goa.

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 01:01 pm


11.jpg

Najlepiej nie spałbym wcale. Wypstrykałem już dwie karty i nie mam już miejsca na nowe zdjęcia. Czwarty dzień w tym samym mieście pozwala na to by powoli przywyknąć do tutejszego klimatu. Smród powietrza nie jest już tak uciążliwy jak pierwszego dnia. Tylko czasem nasila się bardziej w niektórych miejscach (o dziwo niekoniecznie tych wyglądających na najbrudniejsze). Jestem już prawie pewien, że ten zapach to nic innego jak odór z jednego wielkiego wysypiska śmieci jakim jest to miasto. Widzieliśmy już szczury pomykające przez ulice, myszy przebiegające pomiędzy nogami klientów mniejszych knajpek, gdzie czasem coś zajadamy.

W pokoju wyczaiłem już mini-mrówki i zabiliśmy pierwszego, niczego nie spodziewającego się prusaka, europejskich rozmiarów. Widocznie jeszcze młody. Ogólnie wszystkie insekty czuja się tu dość bezpiecznie, głównie ze względu na lokalne wierzenia, które nie pozwalają krzywdzić żadnych żywych istot. Reinkarnacja to podstawa tutejszej wiary, więc nikt nie chciałby trącić swego wuja. Dlatego zabicie naszego gościa nie należało do najtrudniejszych. Wyglądał na ostro zaskoczonego butem Szymona. Psy, krowy, konie, które można spotkać wszędzie przerażają brakiem jakiejkolwiek tuszy. Z resztą nie ma się co dziwić, jeżeli właściciel nie wygląda lepiej.

Sobota wieczór. Na imprezę nie ma szans. Wpuszczają tylko pary…sprawdziliśmy. Pozostają lokalne knajpki z 90% przewagą facetów wyluzowanych przy sokach z pomarańczy oraz DJ’em mixujacym kawałki z zeszłej dekady. Oczywiście DM nie znane, tez sprawdziłem ;)

Po tych kilku dniach mogę pokusić się o lekkie podsumowanie. Pierwsza sprawa dosłownie  rzucająca się w oczy, poza ogromna bieda to komunikacja. Klaksony nie milkną nigdy, leżąc już w łóżku, dźwięk tego zmyślnie wykorzystywanego urządzenia rozbrzmiewa ciągle gdzieś w podświadomości nie pozwalając zasnąć. Mimo kilkudniowego treningu, przejście na druga stronę większej ulicy to nadal nie lada wyczyn i dobra zabawa.

Plaże nie należą do najlepszych. Za dużo ludzi, głównie żebrających. Nie można przystać nawet na minute. Z resztą piasek jakiś brudny a kolor morza raczej nie zachęca. Z pewnością poza miastem będzie lepiej.Smog rozmywa niebo i tak do końca nie wiadomo skąd świeci słonce.

Dworzec kolejowy to dalej dla mnie magia. Jeżeli ktoś planuje tu przylecieć proponuje przestudiowanie kolejnictwa azjatyckiego. Kolejki jak za komuny. Kupiliśmy bilet z punktu A do B w cenie 6rp a w pociągu złapał nas kanar i wlepił 600rp kary bo pociąg okazał się pospiesznym. Nie wiem jak ktoś może je rozróżnić.
Tak czy inaczej nie żałuje ani jednej minuty i mam nadzieje, że tak zostanie. Mimo tego ciągłego naciągania, ludzie Indii w gruncie rzeczy są bardzo przyjaźni, nie zepsuci przez zachodnia cywilizacje. Kolor naszej skóry z pewnością stawia nas w sytuacji uprzywilejowanej. Kochają cię za nic. Za to że jesteś. Agresji Brak.

24/02/2007

Ulice Mumbai

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 05:19 pm

Brak okna w pokoju oraz powolne przestawianie się do nowego czasu spowodowało, że obudziliśmy się dopiero około 11:00. Strasznie dziwne uczucie otworzyć oczy około południa w tak ciemnym pokoju. Człowiek może poczuć się skołowany. Wiatrak swym szumem przypomniał mi gdzie jestem. Szybki prysznic w zimnej wodzie i znowu możemy przedzierać się przez ulice Mumbai.

Pierwsza sprawa jaka chcieliśmy załatwić było kupienie kolejowych biletów na GOA. Niestety poddaliśmy się po kilkunastu minutach. Najpierw spośród kilkudziesięciu okienek musieliśmy znaleźć jedno, które obsługuje turystów. Następnie musieliśmy wypełnić jakiś formularz A4 biletu nie kupimy bez paszportu, a na koniec koleś przywalił nam cenę, która dwa razy przewyższała cenę autobusu i zaznaczył, ze nie ma wolnych miejsc aż do poniedziałku wieczorem.

Postanowiliśmy, ze jeszcze przemyślimy ba jaka wersje transportową się zdecydujemy
i oddalilismy sie z tlocznego dworca Mumbai Victoria Terminus (ponownie robota angoli)

Czas na resztę miasta.

Plan był taki by omijać większe ulice i wejść w prawdziwe lokalne życie. Ulica po ulicy wciągaliśmy się w coraz biedniejsze tereny miast budząc przy tym nie małe sensacje. Hello Sir. Photo Please. Need some Help? Nie da się od nich opędzić, są wszędobylscy. Jesteśmy dla nich niczym chodzący bankomat. Nie można usiąść nawet na minute bo zaraz jakaś przyjacielska dusza proponuje nam załatwienie czegokolwiek. Od Haszyszu przez usługi transportowe na masażach skończywszy ;). Ratunek to ignorancja i ucieczka. Miłosierdzie niestety trzeba wyłączyć by nie zostać kompletnie nagim. Mam zawsze pełną kieszeń drobnych by rozdać chętnym na zdjęcia. Tak na prawdę nie trzeba nikogo to tego nakłaniać. Widok białego z kamera momentalnie wyzwala tu we wszystkich instynkty aktorskie.

Zwiedziliśmy dziś sporo ciekawych miejsc. Duże wrażenie wywarła na mnie jedna z ulic, na której pękła olbrzymia rura kanalizacyjna. Do pracy przy samej rurze zatrudnionych było kilkudziesięciu wychudzonych hindusów, natomiast do kopania wykorzystywano kobiety. Stały one do kolan zanurzone w błocie w rekach wielkie misy służące do przerzucania odpadów dalej. Straszny widok…

crw_7837.jpg

Na wieczór zostawiliśmy okolice Grant Road, miejsca uciech cielesnych. Jak się jednak wydaje ze względu na jakość i klasę tych usług terytorium przeznaczone jest raczej dla tubylców. Nie wyobrażam sobie by ktoś z “cywilizowanego” świata mógł skorzystać ze świadczeń na takim poziomie sanitarnym. Niestety kamera czy aparat to wróg tego typu miejsc i nasz widok wywoływał natychmiastowy popłoch. ;/ Zmrok sprowadził dodatkowe utrudnienia - statyw był zbyt oczywisty. Po chwili namysłu wpadliśmy, wydawać by się mogło, na znakomity pomysł by wykorzystać nieświadomego taksówkarza i podjechać jak najbliżej akcji. Wykonać perfekcyjnie zdjęcia i czmychnąć. Taxi driver zachęcony przez 100rp zgodził się po małym targu. Jedziemy, aparat gotowy. Komenda stop… Przygotowany do zdjęcia… Taksówka zwalnia. Łapie fokus… Z ulicy słychać głośne PHOTO PHOTO…. w tym momencie z kilku stron posypały się kamienie, które odbijając się od maski samochodu wystraszyły nas wszystkich. Kierowca momentalnie przyspieszył i przygoda z Grant Road zakończyła się bez jednego dobrego zdjęcia.

Nie odpuszczam ;) Jeszcze tam wrócimy…

adsdada.jpg

23/02/2007

Bieda

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 05:50 pm

41.jpg

(plaża w Mumbai. Smog rozmywający słońce)

Dzień drugi to nasza przeprowadzka na południe Mumbai. Colaba to bardziej turystyczna cześć miasta. Skoncentrowane tam są atrakcje turystyczne, z których główna stanowi Brama Indii, jednak ta cześć była dla mnie najmniej interesująca. W większość tak zwanych atrakcji wmieszani byli Brytyjczycy, co wystarczająco mnie zniechęcało. Najbardziej interesującą częścią dnia była wizyta w Bora Bazar - dzielnica miasta, gdzie można zobaczyć prawdziwe Indie, ludzi żyjących codziennym rytmem. Male sklepiki przerobione na rodzinne mini zakłady, gdzie na przestrzeni kilku metrów zorganizowana jest drukarnia, czy zakład krawiecki. Dalej ulica łączy się z częścią zwana Rafood Mari zamieszkiwana przez najbiedniejszych. Domy przypominające szałasy, szczury, wychudzone dzieci, kobiety i mężczyźni lezący w brudzie na ziemi. Ciężko było tamtędy przejść. Udało mi się zrobić kilkanaście zdjęć, jednak nie mogliśmy tam dłużej zostać, gdyż stawało się to zbyt niebezpieczne. Widok aparatu ściągnął zbyt wielka liczbę dzieci, które w końcu postanowiły zerwać ze mnie wszystko co miałem.Po ataku na aparat, ewakuowaliśmy się do przejeżdżającej taksówki.

Nowy Hotel jest dużo tańszy i nie ma już problemu z brudnymi oknami. Po prostu ich nie ma wcale. Prysznic jak zwykle wmontowany w przypadkowym miejscu w ścianę, lejący zimna wodę na wszystko co popadnie. Ciepła woda była tylko w zapowiedziach hotelarza. Standardowo nad nami powiewa olbrzymi wiatrak.

Prędkość internetu nie pozwala na przesłanie nawet jednej foty. Pozostajemy jeszcze w Mumbai, ale za kilka dni uderzamy na GOA.

51.jpg

dziad.jpg

Zapach Indii

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 10:26 am

I jesteśmy. W pierwszych słowach muszę podziękować Bogu, za to jak pięknie to wszystko sobie tu wymyślił. Wschodzące słońce nad Iranem będąc 10tys metrów nad ziemia to nie zapomniany widok.

Jesteśmy w Mumbai. Zamiast o 11 rano, wylądowaliśmy dopiero o 15:00 czasu lokalnego. Zapach uderzył nas zaraz po wyjściu z samolotu. Dziwny smród wmieszany w tutejsze powietrze. Jak gdyby mieszanka palonych śmieci, spalin i może trochę coś z tutejszych przypraw i kadzidełek. Przypomina smażona rybę, jest wszędobylski. Czasem nasila się do granic niemożliwości. Po szczegółowej kontroli celnej i wypełnianiu śmiesznych kwitków, w końcu wyszliśmy na ulice… Zdałem sobie sprawę jak bardzo tęskniłem za latem.  Kurz i smog od razu uderza mnie w przełyk. Oczy zasypują się kurzem, wargi z tego samego powodu momentalnie staja się suche. Stojąc przy wyjściu z lotniska od razu staliśmy się idealnym celem pierwszych naganiaczy i raz po raz ktoś nas zaczepiał oferując wszelkie możliwe usługi. Pierwszą rzeczą jaką musieliśmy zrobić to zadzwonić do znajomego Gerego, który miał nas powitać na lotnisku, gdzie się nie pojawił. Niestety jak się później zorientowaliśmy telefony podzielone są na lokalne i… nie lokalne ;) co zmyślnie uniemożliwiało mi dodzwonienie się do nagranego nieznajomego. Kiedy już mieliśmy się poddać zauważyłem Hindusa przemykającego przez ulice z wymalowanym kartonem SIMON / ERIC. Był to hotelowy Taxi driver ,który powiedział, że zabiera nas do jakiegoś hotelu,a został przysłany przez owego nieznajomego, który ze względu na nasze opóźnienie zdecydował, że nie będzie czekał.

Jedziemy. :)

crw_7710.jpg

img_7616.jpg

crw_8550.jpg

crw_8498.jpg

Wspaniale przeżycie. Zasada jest jedna… Na wszystko najlepszy jest klakson. Kierunkowskazy nie istnieją. Przed wyjazdem jako długoletni kierowca czułem się na silach by pojeździć tu autem. Teraz zmieniam zdanie. Europejski kierowca miałby tu problem przebić się przez pierwsze większe skrzyżowanie. Jeżdżą tu we wszystkich możliwych kierunkach nie bacząc na żadne przepisy. Linie na jezdni mimo, że ładnie wymalowanie nie mają tu żadnego znaczenia. Ilość pasów w danym kierunku determinowana jest przez aktualne natężenie ruchu. Raz droga ma dwa, trzy pasy do centrum i jeden powrotny by po chwili ta sama droga prowadziła w odwrotnym kierunku.
Hotel.

Nie ma się co tu rozpisywać. Nie spodziewaliśmy się niczego luksusowego, wiec nie zaskoczył nas nasz pokoik. Prysznic z zimna woda na środku łazienki lejący wprost na marmurowa ziemie, olewając wszystko w około tak, że późniejsze korzystanie z toalety było mocno utrudnione. Woda spływa do malej dziurki w podłodze. Okna przypuszczam, że były myte gdy je wstawiali jakieś 10 lat temu. Cena 2500rp to dość wysoka cena, ale że to nasz pierwszy room byliśmy gotowi zapłacić frycowe. W międzyczasie pojawił się nasz umówiony Hindus, wiec byliśmy gotowi na nasz pierwszy spacer.

Idziemy…

crw_7692.jpg

Pierwsze kroki popełniałem ostrożnie by w coś nie wdepnąć. Jednak szybko o tym zapominaniem bo 100% mojej uwagi zostało skupione na nauce przechodzenia przez drogę. Pierwszą “wielopasmówę” przechodziliśmy z Szymkiem dosłownie 5 min. Auta niczym rzeka płyną bez przerwy. Trójkołowe Riksze wbijają się nawet w coś co można nazwać chodnikiem. Prześladuje mnie warzenie, że zaraz coś we mnie wiedzie. Jednak po jakimś czasie zauważam, że o dziwo nic nikomu się tu nie dzieje. To cale trąbienie to nie oznaka irytacji kierowców a “grzeczne” informowanie wszystkich wokoło: uwaga jadę !!!

crw_8546.jpg

15 minut spaceru w ustach i oczach czuje piach, gardło zaczyna piec. Bez wody się nie obejdzie. Na szczęście w Indiach wszystkie budynki i chodniki mieszczą wszelkiej maści sklepy i kramy, wiec butelkowanej wody jest tu pod dostatkiem.

Bierzemy Riksze.

Szaleństwo! Serce w gardle. Jedziemy z kolesiem, który jedna nogę ma schowana pod czterema literami a druga operuje pomiędzy gazem i hamulcem. Biegi zmienia w ręce. Jedzie do przodu i w poprzek drogi, po chodnikach miedzy ludźmi nieustannie trąbiąc. Nawet teraz, z dala od drogi, siedząc w dość nowoczesnej kafei ciągle słyszę piii, pii, pii pii.

crw_8612.jpg

Dojechaliśmy do morza, słońce już zachodziło. Plaza pełna ludzi. Jako jedyne białasy przykuliśmy uwagę tubylców i … niestety nie było już spokoju. Nogawki miąłem zaraz oberwane przez dzieci wyciągające ręce by im coś dać. Powoli stawało się to irytujące. Nie można nawet na chwile siąść i odpocząć. Ciągle ktoś cię szarpie, podchodzi nudzi o drobne, albo chce ci coś sprzedać. Sunil, nasz nowo poznany kolega postanowił zabrać nas na dworzec kolejowy.

To był strzał w 10tke. Jeżeli chcesz zobaczyć Indie koniecznie wpadnij na dworzec. Tysiące ludzi gdzieś pędzi. Wygląda to tak jakby właśnie zamknęli wszystkie zakłady i wszyscy chcą wracać nagle do domów. Postanowiłem przyczaić się na schodach by mieć lepszy widok na to zjawisko. Ludzie omijali mnie jak woda opływająca wystający w rwącej rzece głaz. Podjeżdża pociąg. Nie zdążył się zatrzymać a polowa ludzi już wysiadła a reszta w pędzie już zaczyna się ładować. Po chwili ludzie wypełniają wagony po brzegi a mimo to chętnych jest jeszcze bardzo dużo. Dla hindusa nic trudnego, już po chwili zapełnia się DACH (!). Centymetry od przewodów wysokiego napięcia spokojnie zasiada sobie jakaś para. Nie chciałem wyglądać jak Japończyk pstrykający foty w Krakowie na rynku, ale naprawdę nie moglem się powstrzymać, budząc przy tym zainteresowanie przechodniów.

pociag.jpg

klasycznie doładowany pociąg z Mumbai

pociag1.jpg

kto nie wejdzie do środka znajduje miejsce na dachu .

Dzień pierwszy, który ze względu na różnice czasowa trwał nie wiadomo jak długo, zakończył się mila kolacyjka w przydrożnej knajpce.

Jak na pierwszy dzień. Bardzo mile warzenia. Szoku doznałem oglądając karalucha wielkości… malej myszy. Myślę ze nie byłbym w stanie go zabić ze względu na to, co pozostało by po nim. Sunil, który wówczas dumnie pokazywał nam swój pokój pozostawił robala mówiąc, ze żyją razem i otworzył balkon wyprowadzając robala na spacer. Spojrzałem wymownie Szymkowi w oczy. Nieźle się zaczyna.

21/02/2007

20:30 (uk time)

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 09:48 pm

12.jpg

(Shilpa Shetty - na lotnisku Heatrow)
Plotki o Shilpie okazały się prawda. Przed dosłownie minutami cale lotnisko oszalało… W życiu nie widziałem tylu telefonów w powietrzu. Kto mógł trzaskał foty z wbudowanych aparacików by zachować gwiazdę dla siebie. Bylo kilku paparazzi. Ja również postanowiłem się zmierzyć. Hinduska w swych przyciemnianych okularach znakomicie czuła się w roli “celebrity” uśmiechając się do wykrzykujących jej imie fanów. Wszystko trwało sekundy. Pośród wielkich głów ochroniarzy i policji zdołałem kliknąć kilka fot. Na naszych maszynkach do surfowania wiszą kłódki - tu z niczym się nie podepnę ;)

Tak czy inaczej przedłuża się to oczekiwanie na upragnione Indie. Na necie bylem już wszędzie…chyba czas na kolejna kawę.

Mam nadzieje, ze kolejny post bedzie juz z Mumbai’u. Zmiatam do Starbuck’a

21:40 - Barcelona polegla na wlasnych smieciach pobita przez liverpool (1:2) ;)

21.jpg

wschodzace slonce gdzieś nad Iranem

31.jpg

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 07:59 pm

Jesteśmy już na lotnisku. Jak dobrze mieć trochę szczęścia. Przed momentem, oczywiście kompletnym przypadkiem (minuta później i już by nic z tego nie było) poznałem jakiegoś angola. Jak powiedział, zajmuje się programowaniem komputerów i pokazał nam trick jak oszukać tutejsze maszyny do internetu … surfujemy za totalna darmochę (normalnie £1/10min - koszmar).

Stojąc w kolejce do odprawy dowiedzieliśmy się, ze podobno ma z nami lecieć Shilpa Shetty zwyciężczyni Angielskiego Big Brothera i gwiazda Bollywood. To była przyjemniejsza wiadomość. Mniej przyjemne jest to ze już na starcie nasz lot jest opóźniony o 2 godziny ;(… Wiec starujemy tuz po północy.

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:44 pm

To już dziś… Jeszcze kilka godzin i zaczynamy wyprawe nr1.

Plecak spakowany zgodnie z zasadą im mniej tym lepiej, jednak mimo wszystko prześladuje mnie uczucie, że o czymś zapomnialem. Pewnie przekonam się dopiero na miejscu. Baterie do wszelkiego rodzaju urządzeń jeszcze pocą się w ładowarkach dopinając ostatnie procenty do maxa. Bedzie foto i video. Mam nadzieje, że znajdę jakieś miejsce z szybkim łączem by podesłać wrażenia.

Jeszcze kawa i lece ….

19/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 02:51 pm

Wylot już za 2 dni a dziś niestety kolejna tragedia w Indiach. Terroryści wysadzili pociąg przyjaźni pomiedzy Delhi (India) a Lahore (Pakistan) . Co najmniej 65 osób zginęło. ;(

18/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:12 am

W Chinach Nowy Rok. Tym razem czuwać nad nami będzie… Świnia ;)

Szczęśliwego Nowego.

Indie coraz Bliżej. Dziś siedzę i przeglądam co mogę. Pożeram jak najwięcej informacji co gdzie i jak. Dziś w Londynie było wiosenne 11″ a w Mumbai 35″

Poniżej udało mi się znaleźć mapkę trasy jaką planujemy przebyć jako pierwszy etap naszej wyprawy do Hindustanu: Mumbai - Goa.
mum_goa_map.jpg

15/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 02:43 pm

6 dni pozostało do wyjazdu. Plecak przygotowany. Ciągle jeszcze nie jest zaplanowana główna trasa. Na pewno Bombaj i Goa…

08/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:14 pm

Spadł większy śnieg, Anglicy nie mogą sobie z tym poradzić. Szkoły zamknięte.

03/02/2007

zaczynamy

Filed under: 01.Life — Jarek @ 08:00 pm


visited 27 states (12%)
Create your own visited map of The World or Like this? try: Google Chat Bot

Powered by WordPress