I jesteśmy. W pierwszych słowach muszę podziękować Bogu, za to jak pięknie to wszystko sobie tu wymyślił. Jesteśmy w Mumbai. Zamiast o 11 rano, wylądowaliśmy dopiero o 15 czasu lokalnego. Dziwny smród wmieszany w tutejsze powietrze. Jakby mieszanka palonych śmieci… spalin i może trochę coś z przypraw, czy innych kadzidełek. Przypomina smażona rybę i jest wszędobylski. Czasem nasila się do granic niemożliwości. Wszystko nowe.
Po szczegółowej kontroli celnej i wypełnianiu śmiesznych kwitków, wyszliśmy na ulice… Zdałem sobie sprawę jak bardzo tęskniłem za latem. Kurz i smog od razu uderzył mnie w przełyk. Oczy zasypały się pyłem, a wargi z tego samego powodu momentalnie stały się suche jak pieprz. Stojąc przy wyjściu z lotniska od razu staliśmy się idealnym celem moich pierwszych w życiu, oficjalnych naganiaczy. Raz po raz ktoś nas zaczepiał oferując wszelkie możliwe usługi. Pierwszą rzeczą jaką musieliśmy zrobić to zadzwonić do znajomego, który miał nas powitać na lotnisku, na którym oczywiście się nie pojawił. Jak się zorientowaliśmy telefony podzielone są na lokalne i… nie lokalne. A to zmyślnie uniemożliwiało mi dodzwonienie się do nagranego nieznajomego. Wtedy zauważyłem Hindusa, który wymachiwał moim imieniem wymalowanym na tekturowym kartonie. Był to hotelowy kierowca, który powiedział, że zabiera nas do jakiegoś hotelu i został przysłany przez owego nieznajomego( który ze względu na nasze opóźnienie, bez pytania zdecydował, że nie będzie czekał).
Jedziemy.




Wspaniale przeżycie. Zasada jest jedna… Na wszystko najlepszy jest klakson. Kierunkowskazy nie istnieją. Przed wyjazdem jako długoletni kierowca czułem się na silach by pojeździć tu autem. Teraz zmieniam zdanie. Europejski kierowca miałby tu problem przebić się przez pierwsze większe skrzyżowanie. Jeżdżą tu we wszystkich możliwych kierunkach naraz, oczywiście nie bacząc na żadne przepisy. Linie na jezdni mimo, że ładnie wymalowanie nie mają tu większego znaczenia. Ilość pasów w danym kierunku determinowana jest przez aktualne natężenie ruchu. Raz droga ma dwa, trzy pasy do centrum i jeden powrotny by po chwili było zupełnie odwrotnie.
Hotel.
Nie ma się co tu rozpisywać. Nie spodziewaliśmy się luksusów, wiec zbytnio nie zaskoczył nas nasz pokój. Prysznic z zimna wodą, ze środka sufitu łazienki leje wprost na marmurowa ziemie. Szalony strumień olewa wszystko wokoło. Woda spływa do malej dziurki w podłodze. Obstawiam, że późniejsze korzystanie z toalety będzie mocno utrudnione. Patrzę przez okno. Szyby myto, gdy je tu wstawiali . Dziesięć lat jak nic. Cena 2500rp dość wysoka. Bierzemy pod uwagę, iż to nasz pierwszy pokóji jesteśmy gotowi zapłacić frycowe.
W końcu pojawia się nasz umówiony Hindus. Gotowi na nasz pierwszy spacer.
Wychodzimy na miasto…

Pierwsze kroki popełniałem ostrożnie by w coś nie wdepnąć. Jednak szybko o tym zapominaniem bo 100% mojej uwagi zostało skupione na nauce przechodzenia przez drogę. Pierwszą wielopasmówę przechodziliśmy dosłownie 5 min. Auta niczym rzeka płyną bez przerwy. Trójkołowe Riksze wbijają się w coś co można nazwać chodnikiem. Prześladuje mnie wrażenie, że zaraz coś we mnie wiedzie. Jednak po jakimś czasie zauważam, że tu nic nikomu się tu nie dzieje. To cale trąbienie, to nie oznaka irytacji kierowców a grzeczne informacja dla wszystkich wokół: Uwaga…. JAdę !!!

15 minut spaceru w ustach i oczach czuje piach, gardło zaczyna piec. Bez wody się nie obejdzie. Szczęśliwie w Indiach wszystkie budynki i chodniki mieszczą wszelkiej maści sklepy i kramy, wiec butelkowanej wody jest tu pod dostatkiem.
Bierzemy Riksze.
Szaleństwo! Serce w gardle. Jedziemy z kolesiem, który jedna nogę ma schowana pod czterema literami a druga operuje pomiędzy gazem i hamulcem. Biegi zmienia w ręce. Jedzie do przodu i w poprzek drogi, po chodnikach miedzy ludźmi nieustannie przy tym trąbiąc. Nawet teraz, gdy to pisze to gdzieś z dala od drogi, wciąż słyszę piii, pii, pii pii. piiiiiiiiiii

Dojechaliśmy do morza, słońce już zachodziło. Plaza pełna ludzi. Jako jedyne białasy przykuliśmy uwagę tubylców i … nie było już spokoju. Oberwali mi nogawki. Wszędzie dzieci. Wyciągają ręce i szarpią, szturchają by coś im dać. Ciągle ktoś nowy podchodzi i nudzi o drobne, albo chce coś sprzedać. Sunil, nasz nowo poznany kolega zabiera nas na dworzec kolejowy.
I naprawdę, to był strzał w dziesiątkę. Jeżeli chcesz zobaczyć Indie… koniecznie wpadnij na dworzec. Tysiące ludzi gdzieś pędzi. Wygląda to jakby w jednym czasie zamknięto wszystkie zakłady pracy i wszyscy w tym samym czasie zapragnęli wrócić pociągiem do domu. Postanowiłem przyczaić się na schodach by mieć lepszy widok na to zjawisko. Ludzie omijali mnie niczym woda sterczący głaz w rwącej rzece.Podjechał pociąg. Nie zdążył się zatrzymać a polowa ludzi już wysiadła a reszta w biegu zaczyna się ładować. W momencie ludzie wypełniają wagony po brzegi, a mimo to chętnych jest jeszcze bardzo dużo. Dla hindusa nic trudnego. Po chwili zapełnia się DACH (!). Centymetry od przewodów wysokiego napięcia spokojnie zasiada sobie jakaś para. Wtedy musiałem wyglądać jak japończyk na rynku w krakowie. Z wrażenie pstrykałem na oślep.Wszystko co się dało.


Dzień pierwszy, który ze względu na różnice czasową trwał nie wiadomo jak długo, zakończył się mila kolacyjka w przydrożnej knajpce.
Jak na pierwszy dzień. Bardzo mile warzenia. Na koniec zaszokował mnie karaluch wielkości malej myszy. Myślę, ze nie byłbym w stanie go zabić. Chociażby ze względu na to, co mogło by po nim pozostać. Sunil, który wówczas dumnie pokazywał nam swój pokój, spojrzał na robala otworzył balkon i wyprowadził go na spacer. Ponoć żyją razem. Spojrzałem wymownie Szymkowi w oczy. Nieźle się zaczyna.