Jarek Jarosz photolife

25/02/2007

Elephanta

Filed under: Uncategorized — admin @ 13:41

Wczoraj wieczorem zamówiliśmy budzenie na 8:30. Nasz landlord potwierdził stanowczym – Yes Sir. Następnego ranka, o wiele później obudziła nas matka natura. Nie zdziwiłem się wcale ;) . Trudno tez nazwać ranek, rankiem gdy w pokoju bez okna o 10 rano nie widać własnej dłoni.

Na dziś zaplanowane są dwie “atrakcje”. Targ o bilet na Goa i wyprawa na wyspę Elephanta.

Poranek przyniósł również pierwsze ostrzeżenie. Przestrogi o tutejszej wodzie okazały się nadzwyczaj prawdziwe. Choć oboje unikamy lokalnych wodopojów, nie da się uniknąć zjedzenia czegoś, co nie było podmyte w tutejszej wodzie. Ratunek w postaci 3 tabletek węgla jak na razie skutecznie “zatrzymuje” katastrofę. Chwilowo nie jem nic zapychając się wodą z butelki z napisem w typowo tutejszym prze-kolorowanym stylu 100% orginal by Coca Cola.

Przed wyjściem w miasto, wyskoczyliśmy do naszej lokalnej kafejki, tym razem na gorzka herbatę. Po chwili byliśmy już gotowi na nowy dzień wypełniony niezliczonymi targami z miejskimi handlarzami. Handlarzem jest tu chyba każdy od urodzenia. Taki narodowy zawód. Coś jak marudzenie w Polsce.
Wiedziałem, że muszę zdobyć dziś dodatkowa pamięć do mojego aparatu. W pierwszym sklepie wprawiony już w tutejszym przekomarzaniu, wykłócałem się o swoje aż w końcu zrezygnowałem z oferty dwukrotnie przewyższającej ceny z Londynu. Mogą mnie robić na tych swoich ciuchach, czy wszystkim innym, ale nie na czymś co wiem ile kosztuje. Zostało mi trochę fontów, wiec moglem sobie wyliczyć po mojemu ile to naprawdę jest warte i oszczędziłem pracy kolejnemu sprzedawcy. Większość Hindusów ma przyrośnięty palec do kalkulatora. Znając cenę za ile mogą sprzedać towar i tak udają matematyków rachując ile można, mamrotając coś pod nosem. W końcu przerwałem jego ekscytacje matematyka i położyłem funty na ladę. Kilku znajomych zasypiających w sklepiku, poczęło obmacywać walutę sprawdzając jej oryginalność. Jeszcze tylko telefon do przyjaciela, który zna kursy walut i pamięć jest moja.

Zadanie nr2. to kupno biletu autobusowego, które również zakończyło się sukcesem, ale o tym nasennym razem, gdyż muszę uciekać bo odjazd o 20:00

Napisze również o Elephanta, wyspie gdzie poznałem małpy…

Jedziemy na Goa.

Filed under: Uncategorized — admin @ 13:01


11.jpg

Najlepiej nie spałbym wcale. Wypstrykałem już dwie karty i nie mam już miejsca na nowe zdjęcia. Czwarty dzień w tym samym mieście pozwala na to by powoli przywyknąć do tutejszego klimatu. Smród powietrza nie jest już tak uciążliwy jak pierwszego dnia. Tylko czasem nasila się bardziej w niektórych miejscach (o dziwo niekoniecznie tych wyglądających na najbrudniejsze). Jestem już prawie pewien, że ten zapach to nic innego jak odór z jednego wielkiego wysypiska śmieci jakim jest to miasto. Widzieliśmy już szczury pomykające przez ulice, myszy przebiegające pomiędzy nogami klientów mniejszych knajpek, gdzie czasem coś zajadamy.

W pokoju wyczaiłem już mini-mrówki i zabiliśmy pierwszego, niczego nie spodziewającego się prusaka, europejskich rozmiarów. Widocznie jeszcze młody. Ogólnie wszystkie insekty czuja się tu dość bezpiecznie, głównie ze względu na lokalne wierzenia, które nie pozwalają krzywdzić żadnych żywych istot. Reinkarnacja to podstawa tutejszej wiary, więc nikt nie chciałby trącić swego wuja. Dlatego zabicie naszego gościa nie należało do najtrudniejszych. Wyglądał na ostro zaskoczonego butem Szymona. Psy, krowy, konie, które można spotkać wszędzie przerażają brakiem jakiejkolwiek tuszy. Z resztą nie ma się co dziwić, jeżeli właściciel nie wygląda lepiej.

Sobota wieczór. Na imprezę nie ma szans. Wpuszczają tylko pary…sprawdziliśmy. Pozostają lokalne knajpki z 90% przewagą facetów wyluzowanych przy sokach z pomarańczy oraz DJ’em mixujacym kawałki z zeszłej dekady. Oczywiście DM nie znane, tez sprawdziłem ;)

Po tych kilku dniach mogę pokusić się o lekkie podsumowanie. Pierwsza sprawa dosłownie  rzucająca się w oczy, poza ogromna bieda to komunikacja. Klaksony nie milkną nigdy, leżąc już w łóżku, dźwięk tego zmyślnie wykorzystywanego urządzenia rozbrzmiewa ciągle gdzieś w podświadomości nie pozwalając zasnąć. Mimo kilkudniowego treningu, przejście na druga stronę większej ulicy to nadal nie lada wyczyn i dobra zabawa.

Plaże nie należą do najlepszych. Za dużo ludzi, głównie żebrających. Nie można przystać nawet na minute. Z resztą piasek jakiś brudny a kolor morza raczej nie zachęca. Z pewnością poza miastem będzie lepiej.Smog rozmywa niebo i tak do końca nie wiadomo skąd świeci słonce.

Dworzec kolejowy to dalej dla mnie magia. Jeżeli ktoś planuje tu przylecieć proponuje przestudiowanie kolejnictwa azjatyckiego. Kolejki jak za komuny. Kupiliśmy bilet z punktu A do B w cenie 6rp a w pociągu złapał nas kanar i wlepił 600rp kary bo pociąg okazał się pospiesznym. Nie wiem jak ktoś może je rozróżnić.
Tak czy inaczej nie żałuje ani jednej minuty i mam nadzieje, że tak zostanie. Mimo tego ciągłego naciągania, ludzie Indii w gruncie rzeczy są bardzo przyjaźni, nie zepsuci przez zachodnia cywilizacje. Kolor naszej skóry z pewnością stawia nas w sytuacji uprzywilejowanej. Kochają cię za nic. Za to że jesteś. Agresji Brak.

Powered by WordPress