Jarek Jarosz photolife

26/02/2007

Filed under: Uncategorized — admin @ 12:09

Na pocieszenie najlepsi kierowcy świata (plik avi) crmv0016.AVI

Goa/Calangute

Filed under: Uncategorized — admin @ 11:19

Szymek został w hotelu. Przechodzi znacznie gorsza wersje tego czego ja o włos nie dostałem wczoraj. Nawet nie próbuje sobie wyobrazić 700km przebytych autobusem (bez postoju) z takimi problemami jakie dotknęły mojego kompana.
Widziałem już plaże. Piękno niczym z okładek magazynów turystycznych. Palmy kłaniają się ponad złocistym piaskiem plaży ciągnącej się dokąd wzrok sięga. Na niej rozłożone leżaki przy każdym cudowny parasol wykonany z bambusa i palmowych liści.
Co kilka metrów chatka, również wykonana w bambusowej technologi, oferująca rozmaite drinki, zakąski i coś więcej jeśli tylko masz ochotę. Jako wytrawny znawca temperatur wody kąpielowej, stwierdzam, że jest idealna. Słynę z tego, iż nie wytrzymuje w wodzie dłużej niż kilka minut. Tu nie mam dość. Tradycyjnie muszę wspomnieć, iż leżakowanie przerywane jest raz po raz przez sprzedawców. Ciągle coś nowego “very cheap sir”. Maja znowu okulary, ręczniki, mapy i korale, na które kilkakrotnie się skusiłem. Już cała ma lewa ręka wygląda jak choinka, obłożona ozdobami po sam łokieć.

Jednak po wcześniejszym pobycie w Mumbai, życie w Calangute (tak nazywa się miejscowość, w której obecnie przebywamy) muszę przyznać lekko przynudza. Głównie ze względu na swój typowo turystyczny klimat. Gdyby nie klaksony i wysokie palmy to można by zapomnieć, że to koniec świata. Masy białych turystów, psują dzikość tego miejsca. Nie ma świętych krów, zapachu zmęczenia, większość z klimatu gdzieś pochowana. Aparat w torbie. Brak weny. Jest pięknie dla oka, nie dla duszy. Można się wyluzować by zebrać się na dalsze wyprawy. Raduję się pogoda 40C na plaży powoduje euforie w mym sercu. Smogu brak. Widoczność znów aż po horyzont. Można oddychać.

Ja myślę gdzie by tu uciec a tubylcy, chłopcy młodsi niż ja, proszą mnie na kolanach by coś od nich kupić wytrzeszczając te swoje wielkie czarne oczy. Sami montowali te różności. Ja w ich wieku moglem studiować, bawić się, żyć pełnia możliwości. Oni  chodzą w 40 stopniowym upale po plaży, prosząc się od białych o “cokolwiek”. Nie mówię, że u nas jest lepiej, nie ma biedy, ale tutaj czuje się dziwnie patrząc na to z tym swoim innym, “lepszym” kolorem skóry. Kopiłbym od nich wszystko, ale niestety mnie nie stać. Indie to wielki kraj.

Goa

Filed under: Uncategorized — admin @ 06:39

Goa to już zupełnie inna bajka. Jesteśmy tu od kilku godzin. Widoki kompletnie inne. Palmy, bary, puby, kaplice z krzyżami i auta z napisami Ave Maryja. Portugalia dominowała tu jeszcze całkiem niedawno i bardzo widać jak zakorzenił się tu bardziej europejski klimat. Trzeba jednak trochę pomieszkać by napisać coś więcej. Tym razem Hotele maja o wiele wyższy poziom. Mamy olbrzymi pokój z balkonem i normalnym prysznicem. Z pewnością trzeba będzie wejść gdzieś głębiej by zobaczyć coś bardziej prawdziwego.

Dzięki za majle. Czytam wszystko.

goa.jpg

(Stan Goa – jeszcze niedawno była tu Portugalia)

Jedziemy na Goa

Filed under: Uncategorized — admin @ 06:34

19:30 czau lokalnego a my zaopatrzeni w 2 litrowe butelki wody tym razem “wyprodukowanej” by PEPSI staliśmy gotowi z całym dobytkiem pod naszym biurem turystycznym. Ticket please. Tym razem z minami jak gdyby nigdy wcześniej nas nie widzieli. Pokazuje świstek schowany w kieszeni i po szybkiej kontroli dostajemy przewodnika, który ma doprowadzić nas na dworzec “PKS” za co oczywiście spodziewa się zapłaty. Po drodze mijamy autobusy, które na pewno wprowadziły by w zdumienie nie jedna stacje kontroli pojazdów. Na szczęście nasz pojazd wyglądał przyzwoicie z zewnątrz, bo wewnątrz to już prawdziwe arcydzieło rzemieślnicze. Ponad głowami “normalnych” pasażerów, zamontowane zostały prycze. Mniej więcej 40cm poniżej standardowych schowków. O takie właśnie miejsca leżące wcześniej mało się nie pozabijaliśmy. heh. Generalnie w najwyższym punkcie mam około 60cm luzu, własna lampkę i 1/5 okna. Nie polecam osobom z klaustrofobia. Czułem się tam jak wówczas, gdy miałem 10lat i budowałem sobie domek z koców rozłożonych pomiędzy tapczanem a dwoma krzesłami. Jak dla mnie może być. Nigdy nie chciałem dorosnąć.

Elephanta dokonczenie

Filed under: Uncategorized — admin @ 06:17

Uśmiechnięte twarze agentów turystycznych, pracujących w czymś co przypomina przyczepę podobna do tych używanych u nas do organizowania strzelnicy, powitały nas z daleka. Hello Sir, going to Goa? Znaliśmy ceny z góry wiec nie było targu. Prawie dobijaliśmy dila, gdy jakiś profesjonały naciągacz przyprowadził nowego białego nieszczęśnika oferując mu ten sam bilet w cenie przewyższającej naszą o 300rp. Szybko poinformowaliśmy nowego, że właśnie stał się ofiarą własnej niewiedzy a ten szybko wycofał się z transakcji powodując furie naganiacza. Łowca zaczął wrzeszczeć na swoich pracodawców (jak się domyślałem nie znając hinduskiego), iż zdradzili nam wysokość minimalnej ceny i teraz on straci cale swoje znaleźne za świerzaka. By nie robić dalszego zamieszania i widząc napływające łzy w oczach myśliwego z dworca, po krótkiej naradzie wspólnie idziemy na kompromis i każdy z nas dorzuca do owej minimalnej kwoty po 50rp by opłacić poszkodowanego. Nastała zgoda. Uśmiechy powróciły na wszystkie twarze.

Nasz nowy znajomy to Daniel, który dotarł tu z Izraela i planuje 6cio miesięczny pobyt w Indiach. Jest jeszcze kompletnie nie uświadomiony w tutejszej walce o przetrwanie. W ciągu jednego dnia przepłacił na wszystkim, czym mógł i miał tego zdecydowanie dość. Mogliśmy poczuć się w końcu weteranami. Swoje już wiemy.

ELEPHANTA.

Taxi i jesteśmy na wybrzeżu. Nie ma zbyt wiele czasu, wiec szybko kupujemy bilety na prom. Opędzamy się od kolejnych wciskaczy “czegosieda” i jesteśmy na pokładzie. Tu jak zwykle niespodzianka dodatkowe 10rp by wyjść na górny pokład. Płacimy, choć widoki i tak nieciekawe, gdyż zasięg wzroku ciągle ograniczony przez wszędobylski smog. Jedynie mijane olbrzymie kontenerowce zwracały uwagę turystów.

Po ponad 40min dopływamy do wyspy, bujnie porośniętej zielonym buszem. Droga na wyspie usłana straganami i ponownie przebijamy się przez tłumy. Po drodze dwa szlabany z podatkiem od turystyki, świerzego powietrza, bycia białym… Postanowiłem, że odłączę się od chłopaków bo nie przyleciałem tu by łazić owczym pędem za jakimś turystycznym tłumem. Skok przez plot i jestem na łonie natury. Rozpocząłem wspinaczkę.

Już po kilku chwilach moje braki z botaniki Indyjskiej zapoznały mnie z dziwna rośliną, która wbiła się we mnie i nie chciała puścić. Próby uwolnienia zaznajomiły mnie z jakością o ostrością kolców wysuszonego krzaka. Każdy kolejny ruch powodował zapętlanie się kolczastych pędów i coraz mocniejsze kłucie. Szczęśliwie skończyło się na lekkim zadrapaniu i moglem iść dalej. W końcu spotkała mnie nagroda. W gąszczu natknąłem się na spora małpia rodzinkę. Od maciupeńkich małpiątek po dużych zamyślonych dziadków. Nie wiedząc jak zareagują na moja różowa koszulkę,  tym razem podchodziłem do sprawy ostrożnie. Mam nadzieje, że to nie przez wygląd, ale małpy kompletnie mnie zignorowały i moglem spokojnie zasiąść obok i pstrykać do woli. Jak się znudziłem pożegnałem towarzystwo i wróciłem na statek kadrując kilka krów.

malpa.jpg

Powered by WordPress