Elephanta dokonczenie
Uśmiechnięte twarze agentów turystycznych, pracujących w czymś co przypomina przyczepę podobna do tych używanych u nas do organizowania strzelnicy, powitały nas z daleka. Hello Sir, going to Goa? Znaliśmy ceny z góry wiec nie było targu. Prawie dobijaliśmy dila, gdy jakiś profesjonały naciągacz przyprowadził nowego białego nieszczęśnika oferując mu ten sam bilet w cenie przewyższającej naszą o 300rp. Szybko poinformowaliśmy nowego, że właśnie stał się ofiarą własnej niewiedzy a ten szybko wycofał się z transakcji powodując furie naganiacza. Łowca zaczął wrzeszczeć na swoich pracodawców (jak się domyślałem nie znając hinduskiego), iż zdradzili nam wysokość minimalnej ceny i teraz on straci cale swoje znaleźne za świerzaka. By nie robić dalszego zamieszania i widząc napływające łzy w oczach myśliwego z dworca, po krótkiej naradzie wspólnie idziemy na kompromis i każdy z nas dorzuca do owej minimalnej kwoty po 50rp by opłacić poszkodowanego. Nastała zgoda. Uśmiechy powróciły na wszystkie twarze.
Nasz nowy znajomy to Daniel, który dotarł tu z Izraela i planuje 6cio miesięczny pobyt w Indiach. Jest jeszcze kompletnie nie uświadomiony w tutejszej walce o przetrwanie. W ciągu jednego dnia przepłacił na wszystkim, czym mógł i miał tego zdecydowanie dość. Mogliśmy poczuć się w końcu weteranami. Swoje już wiemy.
ELEPHANTA.
Taxi i jesteśmy na wybrzeżu. Nie ma zbyt wiele czasu, wiec szybko kupujemy bilety na prom. Opędzamy się od kolejnych wciskaczy “czegosieda” i jesteśmy na pokładzie. Tu jak zwykle niespodzianka dodatkowe 10rp by wyjść na górny pokład. Płacimy, choć widoki i tak nieciekawe, gdyż zasięg wzroku ciągle ograniczony przez wszędobylski smog. Jedynie mijane olbrzymie kontenerowce zwracały uwagę turystów.
Po ponad 40min dopływamy do wyspy, bujnie porośniętej zielonym buszem. Droga na wyspie usłana straganami i ponownie przebijamy się przez tłumy. Po drodze dwa szlabany z podatkiem od turystyki, świerzego powietrza, bycia białym… Postanowiłem, że odłączę się od chłopaków bo nie przyleciałem tu by łazić owczym pędem za jakimś turystycznym tłumem. Skok przez plot i jestem na łonie natury. Rozpocząłem wspinaczkę.
Już po kilku chwilach moje braki z botaniki Indyjskiej zapoznały mnie z dziwna rośliną, która wbiła się we mnie i nie chciała puścić. Próby uwolnienia zaznajomiły mnie z jakością o ostrością kolców wysuszonego krzaka. Każdy kolejny ruch powodował zapętlanie się kolczastych pędów i coraz mocniejsze kłucie. Szczęśliwie skończyło się na lekkim zadrapaniu i moglem iść dalej. W końcu spotkała mnie nagroda. W gąszczu natknąłem się na spora małpia rodzinkę. Od maciupeńkich małpiątek po dużych zamyślonych dziadków. Nie wiedząc jak zareagują na moja różowa koszulkę, tym razem podchodziłem do sprawy ostrożnie. Mam nadzieje, że to nie przez wygląd, ale małpy kompletnie mnie zignorowały i moglem spokojnie zasiąść obok i pstrykać do woli. Jak się znudziłem pożegnałem towarzystwo i wróciłem na statek kadrując kilka krów.
