Jesteśmy już na dworcu w Margao skąd wieczorem rusza nasz pociąg. Lekki żal pojawił się w mym sercu patrząc na rozbijające się fale o złocisty brzeg, podczas naszego ostatniego śniadania na plaży. Dociera do mnie, że rozpoczął się już ostatni tydzień wspanialej przygody i pogody. Zdążyłem już zapomnieć o tym co to zimno, deszcz i złe humory. Przywykłem już do otaczającego nas świata. Już nawet to trąbienie jakoś przycichło. Po powrocie do domu raczej przez jakiś czas nie wsiądę do samochodu z obawy przed niebezpieczeństwem jakie mogę stworzyć w związku z doznaniami jakich tu doświadczyłem. Do wielu dziwactw zdążyliśmy już przywyknąć. Korzystając z internetu należy najpierw wpisać się do wielkiej księgi podając imię, nazwisko adres i nr PASZPORTU (!). Co bardziej dziwaczne, nikt nikogo nie sprawdza. Irytowało to nas na tyle, ze Szymek za każdym razem wpisuje się używając coraz to śmieszniejszych danych, powodując moje wybuchy śmiechu.
W sobotę na plaży zorganizowana była impreza. Od rana w naszej ulubionej plażowej knajpce wisiał baner z napisem Live Music Tonight. Impreza ponownie okazała się typowo męskim party. Zespól składał się z dwóch osób. Wokalisty i klawiszowca. Klawiszowiec niczym Andy Fletcher z DM nie ukrywał swojego talentu i przez cala imprezę opierał się o instrument, zrywając się na chwile by zmienić utwór. Była Shakira (cudo wykonanie), Modern Talking, trochę lokalnych utworów. Początkowo dziwaczna wydawała mi się impreza tylko dla facetów, ale z czasem gdy cały parkiet zapełnił się uśmiechniętymi twarzami gości tańczących w swym lokalnym niepowtarzalnym stylu zrobiło się klimatycznie i radośnie. Reszty dopełnił Kingfisher duma Hindustanu.
Jak już pisałem wcześniej przed nami ostatnie dni w Mumbai, gdzie pozostało kilka miejsc do odwiedzenia, oraz dokończenie sprawy z Grant Road skąd zostaliśmy przegnani kamieniami
Tym razem szykuje jakiś kamuflaż.


(bye-bye Goa)