






Pociąg punktualnie o 6 rano zajechał na stacje Mumbai Central. Tak wczesna godzina pozwoliła nam zobaczyć jak wielki moloch, budzi się do życia. Dystans, jakiego nabraliśmy poprzez ostatnie dni spędzone w zupełnie innym świecie jakim jest Goa, pozwala patrzeć na to wielkie miasto z zupełnie innej perspektywy. Ciekawość i zauroczenie egzotyka z pierwszych dni po przylocie do Mumbai, zamieniło się teraz w niechęć i zażenowanie. To miasto jest niewyobrażalnie przeludnione, brudne i zniszczone. Ludzie o poranku wyglądają jak zwierzęta. Mijamy ciała śpiących ludzi leżące na ulicach. Niektórzy nieopodal załatwiają poranna toaletę by na koniec rozłożyć tam uliczne kramiki z jedzeniem. Wszystkie możliwe zakamarki są zaplute i wypełnione resztkami jedzenia, którym żywią się psy, krowy szczury i wszelkiego rodzaju robactwo. Wiem, ze ci ludzie nie maja większego wyboru, ale nie wiem jak oni tu mogą przetrwać. Skoro i tak leżą, umierając z głodu na ulicach, wolałbym leżeć pod palmami gdzieś w głębi kraju a nie na tym wysypisku śmieci. Przeglądając lokalny Time Out przeczytałem, ze przybywa tu codziennie minimum 200 samochodów (trochę mniej niż polaków do Londynu). Nie wyobrażam sobie tego miejsca za kilka lat. Już teraz smog nie pozwala oglądać czystego nieba. Myślę, ze gdyby teraz zniknęli stad wszyscy mieszkańcy to posprzątanie tego miejsca zajęłoby kilka dobrych lat. Obecnie sprzątanie wygląda na podmiataniu śmieci z jednego miejsca w inne by później wiatr rozwiał to po całej okolicy.
Chodziliśmy tak przez kilka godzin szukając normalnego hotelu by spędzić te ostatnie chwile w miarę przyzwoicie
. Mamy wielki pokój z balkonem z widokiem na jedna z zatłoczonych ulic.
Przejazd pociągiem, podobnie jak wcześniejszy autobusem, będę wspominał z uśmiechem. Dostaliśmy miejsce w wagonie przypominającym te z poprzednich, lokalnych pociągów. Czyli metalowy sześcian na kolkach bez koszy na śmieci tyle, ze nazywa się – sypialny. W oknach, jak zwykle metalowe pręty, choć tym razem można było wysunąć szybę. Wszystkie siedziska rozkładały się w taki sposób, ze na jednej ścianie powstawały po trzy prycze. Kilka centymetrów od głowy na górnym poziomie wiruje metalowy wentylator nie pozwalając na spokojny sen. Hindusi siedzący poniżej nas do późnej nocy rozgrywali partyjkę tysiąca, wykrzykując przy tym ile sil. Dodatkowo z częstotliwością około jednej minuty, korytarzem pomyka pociągowy sprzedawca, oferując tubylcze smakołyki, które dla nas kojarzą się tylko z “węglem leczniczym”. W końcu zmęczenie dopada wszystkich. Tylko Szymon, który mając kłopoty ze snem w ekstremalnych warunkach, zagrywa się do rana w klocki wbudowane w jego telefon.
Kontrast olbrzymi. piękno pozamiejskich okolic i syf wielkich miast. Radość życia na prowincji z ekstremalna biedota i żebractwem zatłoczonych ulic.
Można zwariować
. Przygody gwarantowane.