Włochy północne to miejsce, gdzie mógłbym zostać na dłużej. Może poza Milanem, który nie różni się niczym od innych wielkich zdziczałych miast. Do Milanu dotarliśmy już późnym wieczorem ostatniego dnia. Bardzo niemiłe pierwsze wrażenia może poza pięknym zabytkowym dworcem kolejowym. W okolicach dworca kręciło się mnóstwo podejrzanych typów. Z ich twarzy nie można było wyczytać żadnych pozytywnych wibracji. Poczułem się jak w Polsce. Ten sam klimat. Głowa kręci się wokół czuwając, z której strony nastąpi jakiś atak w stylu – zarzuć fają, albo daj jakieś drobne. Mimo, że pogoda wieczorem była wspaniała, a ciepłe powietrze niosące zapach lata zachęcało do pozostania na zewnątrz, niewyraźne twarze rosyjskojęzycznych dresiarzy zmusiły nas organizacji wieczerzy w pomieszczeniu zamkniętym. Milan -( jak powiada Joasia) miasto piękna i mody, rozczarowało mnie zupełnie. Zdaje sobie sprawę, ze w dzień miasto z pewnością jest przyjemniejsze, lecz moje pierwsze wrażenie było fatalne.
Do Mediolanu przyjechaliśmy pociągiem, który przywiózł nas z Wenecji. Nie będę ukrywał, ze zawsze chciałem zobaczyć to miasto. Myślę, że nawet bardziej niż Rzym. Nie rozczarowałem się wcale. Wenecja jest magiczna, piękna, zakochana i niestety “przeturystyczniona”. W okolicach miejsc tak klasycznych jak plac św. Marka, miasto dosłownie pęka w szwach od nadmiaru turystów. Oczywiście nie jest tu możliwy żaden ruch samochodowy, gdyż nie znajdziesz tu żadnej drogi, wiec ludziska upychają się w super wąskich uliczkach. Mimo wszystko znów z wielka frajdą mogłem nabijać kolejne piesze kilometry w towarzystwie best friendów. Po zaliczeniu obowiązkowych miejsc, oddaliliśmy się od centrum by w słońcu, siedząc na betonowych schodach prowadzących do jednej z “odnóg” kanałów weneckich oddać się degustacji napoju bogów. Było nam tak dobrze, że mało nie spóźniliśmy się na pociąg. W drodze powrotnej wszystko wyglądało podobnie, szczególnie gdy Saint Mugel wspomagał nasze poczynania. Niczego nowego nie odkryje jeżeli napisze, ze architektura włoska jest mistrzostwem świata. Oczywiście wszędzie na świecie zdarzają się perełki, ale chyba nikt na świecie nie dba o swoje śmieci jak Włosi. Każdy dom, budynek ma swój ciepły, energetyczny kolor nie wspominając o elementach starożytnych. Polecam Wenecję.
Jednak wszystko zaczęło się w Rimini. Jest to jedno z najpopularniejszych miast turystyczno-wypoczynkowych nad północnym Adriatykiem. Niby nic specjalnego. Miasto jak miasto, nie umniejszając pięknym kolorowym budynkom i cudownym małym uliczką. Jednak klimat, który towarzyszył nam od pierwszego dnia już dawno nie pogrywał w mojej duszy. Hotelowy pokój, w którym na przestrzeni 10m2 ktoś zmieścił trzy łóżka piętrowe i łazienkę stworzył atmosferę kolonijną i znowu mieliśmy 15naście lat mniej. Tu muszę dodać, ze oglądając jak Sebastian, Ania, Jaro i Pedro poczęli wypakowywać swe plecaki i walizki, zacząłem się zastanawiać czy nie wyjmą zaraz telewizora.;) Mieli wszystko, łącznie z czajnikiem, który Janisz wskakując na piętrowe łóżko zrzucił na siebie raniąc się wrzątkiem w nogę i niegroźnie podlał Pedra… Wieczorem mieliśmy wieczorek zapoznawczy z załogą hotelową – fajni ludzie. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, takich, do których zawsze chcesz wracać. (przynajmniej ja). Dzięki Pedro za motywacje. Mimo, że następnego dnia pojechaliśmy dalej na północ do Ravenny. Po dwóch dniach wróciłem do Rimini by powiedzieć – do zobaczenia. Zanim zwiedziliśmy centrum Ravenny na dwa dni zakwaterowaliśmy się na obrzeżach w miejscowości Lido Di Savio by mieć szybki dostęp do “Mirabilandi” miejsca marzeń Janisza. W parku Mirabilandia za 25euro ma się dostęp do wszelkich możliwych szalonych karuzeli, roller coaster’ów, zamków strachów czy dźwigów rzucających cię w przepaść. Podchodziłem do tego dość sceptycznie- jarek na karuzelach …, ale nie ma co udawać zabawa przednia. Ze względu na mój wiek i obawy Jara, myślałem, że zaliczę tylko drobne atrakcje, jednak entuzjazm Janisza i odwaga Ani z Pedrem zachęciła nas z Jarem do pełnego ryzyka i skończyło się na najstraszniejszych maszynach, gdzie pozostawało tylko zamknąć oczy i krzyczeć wniebogłosy razem z całą resztą.
Ravenna to jednodniowy wyskok pociągiem do centrum zakończone kilkudziesięcioma zdjęciami, głównie budynków, uliczek, ale i ludzi, gdyż trzeba przyznać Włosi mają coś w sobie.
Każda godzina wypełniona była po brzegi przez cudowne chwile.