taki
dzień urzędowy.
Papierki, rachunki, okienka….
Zanim wyszedłem na spotkanie w Hide Park ustalone na 15tą, siedziałem samotnie w mieszkaniu oczekując na dostawę paczki, której odbiór był tylko za pokwitowaniem. Kiedy zbliżała się 14:00 zniecierpliwiony zadzwoniłem do kuriera, z pytaniem - gdzie moja paczka, gdyż muszę wyjść? Dowiedziałem się, że może być o każdej porze od teraz do 17:30 a jeśli nie odbiorę to mogą wysłać ją z powrotem do Niemiec. Szukając wspólnie wyjścia z sytuacji wpadliśmy na pomysł, by poprosić sąsiada o odbiór parceli a na drzwiach zostawić odpowiednią wiadomość dla kuriera. Uznając to za bardzo rozsądne wyjście z sytuacji, poprosiłem rozmówce by został ze mną do czasu aż dowiem się czy sąsiad będzie w domu. Wybiegłem pędem na korytarz. Pukam,…. czuje powiew wiatru….trzask drzwi od mojego mieszkania rozbrzmiewają łącznie z metalicznym odgłosem automatycznego zamka, który uwięził mnie na przewiewnym korytarzu z telefonem w ręce. Cisza. Sąsiadka w ręczniku (domyślam się, że wyciągnąłem ją z wanny) otwiera drzwi, patrząc pytająco ? Nie wiem co powiedzieć. Myślę, motam się… Pytam czy odbierze moją paczkę. Nie. Wychodzi zaraz. Dziękuję. Dalej bez słowa rozłączam telefon będąc w nieustanym szoku. Spotkanie o 15:00. Sprawdzam kieszenie.Trochę drobnych. Kluczy brak. Szczęśliwy, że mam buty decyduję się na podróż metrem w samej koszuli. Styczeń, zima, ulice płyną czarnymi płaszczami ludzi z City. Dobrze, że nie pada. Na spotkanie docieram z 40min opóźnieniem. Wszystko dobrze. Wracam. Pod blokiem spotykam kuriera. Odbieram paczkę. Teraz siedzę już w domu doprowadzając się do temperatury pokojowej.
???
Coś drgnęło. Mam kilka rzeczy do zrobienia, więc nie jest już tak źle. Tymczasem całkiem prawdopodobnie, iż w piątek będę znów w drodze. Strasznie uradowała mnie ta nowina.

Hinduska świątynia Shri Swaminarayan Mandir zlokalizowana w zachodniej części Londynu wprawiła mnie w zachwyt jeszcze zanim zdążyliśmy się do niej zbliżyć. Po długich minutach przebijania się w korkach pomiędzy wozami spragnionych niedzielnych zakupów anglików, wreszcie na horyzoncie pojawiły się wieżyczki w charakterystycznym kolorze kości słoniowej o kształtach, które w jednej chwili przeniosły mnie o dziesiątki kilometrów do mojej krainy tysiąca i jednej nocy. Z przyklejonym nosem do szyby samochodu, która izolowała mnie od zimowej aury, znów mogłem poczuć klimat moich ukochanych Indii. Wewnątrz było jeszcze lepiej. Jedną rzeczą, która chwilowo wytrąciła mnie z mojego dobrego nastroju był zakaz wnoszenia sprzętu foto video, jednak szybko przekonałem się, iż nie wyglądałbym najlepiej ganiając z lunetą pośród skupionych na medytacji hindusów. Porzuciłem więc wewnętrzne oburzenie, zastępując je głodem zdobywania wiedzy poprzez wykręcanie głowy we wszystkie możliwe strony, gdyż miejsce to wypełnione jest milionem elementów rozmieszczonych we wszystkich możliwych płaszczyznach. Główne pomieszczenie świątyni wsparte filarami, na których każdym centymetrze powierzchni, wyrzeźbieni weń bogowie, wręcz wyskakują z marmurów, tworząc niesamowicie mistyczne wrażenie. Zresztą cała ta sala zaprojektowana przez kogoś, z wyjątkowo kosmiczną wyobraźnią sprawia kolosalne wrażenie. Z każdego zakamarka patrzą na ciebie oczy jednego z tysiąca bogów. Uczucie jest tak wielkie, iż człowiek przygnieciony tą wszechobecną magią, samoczynnie zasiada na wypolerowanej podłodze i kołysany mantrą płynącą delikatnie z głośników, zapada w stan medytacji. Po jakimś czasie, w kilku miejscach jednocześnie otwierają się drzwi, tak dyskretnie wkomponowane w ściany pomieszczenia, iż co mniej uważny mógłby ich nawet nie zauważyć. Każde z drzwi kryją za sobą swoiste kapliczki suto złotem zdobione. W każdej z nich inny Bóg, otoczony świtą swoich Bożków. Rozglądając się wokół, szybko zdałem sobie sprawę jak trudne będzie opanowanie materiału dotyczącego religijności hindusów. Podziwiając postacie dwóch całkiem podobnych osobistości wyrzeźbionych w jednej ze ścian, dowiedziałem się, że jeden z nich odpowiedzialny jest za powietrze a drugi za dmuchanie tym powietrzem, czyli wiatr. Jak sobie człowiek pomyśli ile samych zjawisk fizycznych jest na świecie i że od każdego z nich jest odpowiedni Bóg, to na samą tą myśl mój mózg robi BLUE SCREEN i reset. Stwierdzam, iż ograniczam się do tych podstawowych jak Ganesh czy Shiva plus tych, którzy będą potrzebni w danej chwili. Jestem pewien, że jeszcze się ich trochę uzbiera. Hinduskie Temple, to znakomite miejsce, gdzie można oczyścić umysł po całotygodniowej stresówce,(…) Mój osobisty umysł nie jest jeszcze w pełni gotowy na takie chill out’y. Nie bardzo umiem go jeszcze wyłączać. Niezależnie czy zabiorę go do kościoła, czy leże z nim w pościeli o drugiej nad ranem on i tak ciągle podróżuje i wymyśla nowe plany. Więc tak na prawdę nie ma dużej różnicy pomiędzy gadającym kościołem a milczącą świątynią Swaminarayan. Tu czy tam po chwili świadomej uwagi i śledzenia tego co dzieje się wokół mnie, znikam w moim wewnętrznym świecie knując dziecięce plany.
Wejście do świątyni przypomina odprawę na lotnisku. Mają identyczne maszyny do prześwietlania. Dalej pomieszczenie, które kilkakrotnie miałem przyjemność już odwiedzać, czyli takie przypominające szatnie w zerówce z drewnianymi szafeczkami, w których zostawia się obuwie. Od tego momentu budynek zwiedza się na bosaka.
Polecam wszystkim. Zdjęcia z wnętrza można wyguglowac wpisując powyższą nazwę.

dla stęsknionych
Organizuje nowe Depeche Mode Party.
1 Marca tym razem w nowym miejscu
tuż naprzeciw stacji Whitechapel w Urban Bar.
info tu
Harvey, kawa, croissant i od rana produkcja. Poprawiam swoją stronę by nie musieć nawet w myślach do niej wracać. Mam teraz trochę wolnego czasu i zanim zacznie się prawdziwy kocioł, dobrze swoje rzeczy poukładać. Styczeń strasznie martwy. Odezwę się jak coś zrobię.
w kalendarzu, że dziś luka się zrobiła na niebie i można było zobaczyć słońce.

Powoli odzyskuję siły. Przeglądam stare zdjęcia. Umysł przetwarza je na nowo.
Znalazłem moją sesje ze stycznia 2004.














Mam tylko jedną babcie, ale taką bez dostępu do sieci. Mimo to wszystkiego naj dla wszystkich babć.
Ktoś obliczył, iż najbardziej depresyjny dzień wypada właśnie w moje imieniny.
Pozdrawiam wszystkich siedzących w dołku. Będzie lepiej.
Wracając snułem się samotnie słuchając nocnego śpiewu ptaków. Dziwne, ale tylko w nocy można usłyszeć tu ptaki. Na ulicach pół nadzy ludzie wracający, lub dopiero udający się na kolejne sobotnie party. Dziwnie ciepło. Zmęczenie. Idę śnić. Dalej nie pracuje. Małe zlecenia, czekam na więcej. Wolność?
ON złapał mnie… chwilowo. Przyleciał wraz z tymi niekończącymi się chmurami ciągnącymi się dniami i nocami ponad szarymi budynkami Londynu wysysając resztki koloru. Na domiar złego dysk się zmęczył i trzeba było windowsa na nowo postawić. Ugh. Teraz znów trzeba szukać, instalować, rozkręcać, zakręcać. To już chyba ostatni rok w tym szarym państwie. Tymczasem wieczorem life music u Aleksa, idę się odchamić. Zły okres.
Okazało się, że bratnia dusza - reżyser i depesz w jednym.
więcej tutaj http://aksinowicz.blogspot.com/
O szczegółach będę informował. Powstaje już dedykowana strona poświęcona nowej wyprawie do Indii.
Gromadzę wszelką wiedzę, Bogowie, kultura, zwyczaje, miejsca, ludzie. Jak ktoś coś ma proszę wysyłac na maila
mail@jarekjarosz.com
Kolejna bezsenna noc, ale taka z genialnym pomysłem. Wszystko postanowione.
Jeśli człowiek wejdzie już na tą drogę, nie sposób z niej zejść.
Przypomina to obraz toczącej się wielkiej kuli śniegowej, która samoczynnie zabiera mnie w jednym kierunku.
Na zimę wracam do Indii z pewnym projektem.


clicknął mnie szymek


śniadanie-kawa-poczta-trochę niusów z netu-szybki design-szkoła-lunch-klient-kawa-czytanko-sen
Kto powiedział, że nie lubi poniedziałków? he?
Coraz trudniej mi zasnąć, najważniejsze by kontrolować poranki by nie przesypiać życia.
Dzięki uprzejmości Pedra i poświęceniu aktorów baliśmy się nakręcanie teledysku do utworu - Down. Kręciliśmy w opuszczonym domu, gdzie temperatura powietrza spadała poniżej -10`C.
Od momentu przyjazdu do Londynu nie mogę znaleźć sobie miejsca.
Nie rozpisuje się zbytnio, ale dziwnie mam wrażenie, że moje życie przypomina teraz wielką lokomotywę, która właśnie stoi na jakiejś zaśnieżonej stacji, gdzieś nie wiadomo gdzie. W kotle żar wyrzuca płomienie, które chcą z całych sił popchnąć wszystko do przodu. W perspektywie… zielone łąki, wielkie żółte słońce na błękitnym niebie, gorące powietrze tulące się do twarzy. Stoję na zupełnie nowej drodze. Świadomy. Bez pracy. Szczęśliwy.
Jeszcze chwila i koniec postoju w Polsce. Dziś wieczorem kolejny meeting w Bazylu, może jeszcze wpadniemy tam w sobotę.
W niedziele ruszamy w drogę do UK. Trudno uwierzyć, że to już sześć lat.
Powered by WordPress