Próbowałem dziś zmontować choć trochę filmu. Ewidentnie brakuje tych kilku scen zabranych przez wiatr i braki w doświadczeniu. Kolosalna różnica między tym co chciałem a tym co jest. Pozostaje nadzieja, że uda mi się namówić aktora na mała dogrywkę. Będę wiedział więcej pod koniec przyszłego tygodnia. Chciałbym skończyć edycję do połowy grudnia. Od stycznia zaczynam prace nad filmem dokumentalnym, który ma być zaliczeniem drugiego semestru a później, latem ten najważniejszy magisterski (o ile dociągnę tą swoją lokomotywę )
Od rana słucham informacji o tym co dzieje się w Mumbai. Mimo, iż to już prawie dwa lata odkąd miałem przyjemność mieszkać na Colabie, dalej czuję się wyjątkowo związany z tym miejscem i z tym krajem, dlatego wyjątkowo irytuje się tym, co robią te świry.
Mikołaj się zbliża i dziś zdjęcia w podstawówce, gdzie ekipy młodszaków znów z przejęciem będą zaglądać do worów z prezentami, choć w tym roku pewnie trochę lżejszych. Ja przypominam, iż w piątek spotykamy się w LHT na Wchitechapel na kolejnej biesiadzie przy dzwiękach DM.
Powoli wracam do siebie po tym wszystkim co ostatnio się działo. Ciągle brakuje czasu. Dzień coraz krótszy, terminy gonią a rachunki czekają. Do tego coraz groźniej nad moją głową wisi - pięć tttyyyyyyysiiięęęęcy słów eseju na Film Theory. W tym całym codziennym bałaganie próbuje znaleźć chwilę by móc to wszystko tutaj jakoś podsumować.
Przez ostatnie kilka dni żyłem w innym świecie. Od świtu do później nocy w pogoni za 10cioma minutami mojego pierwszego filmu. Zdecydowanie eksperymentalnego, którego scenariusz i ambicje przerosły możliwości studenckiego budżetu. Wielka lekcja pokory i szacunku. Oczywiście są rzeczy, których nie da się przeskoczyć, gdy masz tylko i wyłącznie trzy krótkie listopadowe, angielskie dni. Nie przeskoczysz gradu i wichury w momencie, kiedy ma być spokojnie i nastrojowo. Nie zabijesz menadżera stacji metra, który patrzy raz po raz na twoje ręce a później na własny zegarek z wyrzutem na twarzy jakbym zabierał mu śniadanie. Nic nie zrobisz, gdy w ręku zamiast filmowej, trzymasz kamerę, z którą spokojnie można zatańczyć na weselu. Są jednak rzeczy, których się nie zrozumie, dopóki się nie zobaczy oczu aktora, który czeka by mu opowiedzieć co siedzi w twojej głowie. Nagle przestajesz być już sam na sam ze swoim filmem w głowie. Nagle zdajesz sobie sprawę, że tylko ty wiesz czego chcesz. Nie zamkniesz oczu w panice i powiesz sobie jakoś to będzie. W każdej sekundzie to ty musisz decydować. Miejsce z wyobraźni znika zastąpione przez to prawdziwe o wiele większe inne i do tego zamknięte w małym okienku cyfrowego wyświetlacza. W fotografii rzeczy się dzieją. Ty je tylko łapiesz. Zatrzymujesz na zawsze. Tu NIC się nie dzieje bez ciebie. Panika! Wielka lekcja. Wielka.
a teraz jak u Hitchcock’a napięcie będzie już tylko rosło. Udało mi się załatwić pozwolenia na zdjęcia prawie wszędzie gdzie chciałem. Prawie, gdyż zamierzałem by jedna ze scen odbywała się w szpitalu, ale niestety tam film nie jest najważniejszą ze sztuk i raczej nic z tego nie będzie.
Jutro i w niedziele debiutuje jako DOP (Director of photography) u niejakiego Stefano Patarino - dyrektora teatralnego z jednej z weneckich oper. Wyreżyserował dziesiątki przedstawień m. in. w Korei, Kolumbii i Bóg wie jeszcze gdzie. Jutro kręci film na stacji metra Ealing Broadway.
Sprzęt dostanę na 3 dni. Biorąc pod uwagę pogodę jaka utrzymuje się w Londynie przez ostatnie dwa lata, mam niewielkie szanse na to by nie padało. Pozostaje więc przygotować się na plan B i liczyć na szczęście. Większość miejsc już zaplanowana. Rekwizyty zakupione. Zaczyna się odliczanie.
Patrząc na końcowe napisy dowolnego filmu, gdy przed oczyma przewijały się setki nazwisk ludzi zaangażowanych w produkcje, zawsze zastanawiało mnie jak to wszystko jest możliwe i jak to wszystko ktoś jest w stanie ogarnąć. Mimo, iż mój film to zaledwie kilka minut wyrwanych z mojej wyobraźni, to już widzę od ilu ludzi będzie zależeć jak to wszystko się skończy. Są już pierwsze przeprosiny, odmowy, sugestie. Jest też mnóstwo entuzjazmu i pomocy. Wielka szkoła organizacji. Moje małe gwiezdne wojny. Mimo, iż prawie z zerowym budżetem to z 101% zaangażowaniem. To dla mnie całkiem nowa droga, porośnięta jeszcze wysokimi krzakami, ale ide nią z olbrzymią ciekawością by zobaczyć co jest dalej. W końcu już jakiś czas temu wszystko postawiłem na jedną kartę, zgodną z ostatnio wyczytaną puentą -
Sprzedaj lodówkę i zacznij spełniać swoje marzenia !