Powoli wracam do siebie po tym wszystkim co ostatnio się działo. Ciągle brakuje czasu. Dzień coraz krótszy, terminy gonią a rachunki czekają. Do tego coraz groźniej nad moją głową wisi – pięć tttyyyyyyysiiięęęęcy słów eseju na Film Theory. W tym całym codziennym bałaganie próbuje znaleźć chwilę by móc to wszystko tutaj jakoś podsumować.
Przez ostatnie kilka dni żyłem w innym świecie. Od świtu do później nocy w pogoni za 10cioma minutami mojego pierwszego filmu. Zdecydowanie eksperymentalnego, którego scenariusz i ambicje przerosły możliwości studenckiego budżetu. Wielka lekcja pokory i szacunku. Oczywiście są rzeczy, których nie da się przeskoczyć, gdy masz tylko i wyłącznie trzy krótkie listopadowe, angielskie dni. Nie przeskoczysz gradu i wichury w momencie, kiedy ma być spokojnie i nastrojowo. Nie zabijesz menadżera stacji metra, który patrzy raz po raz na twoje ręce a później na własny zegarek z wyrzutem na twarzy jakbym zabierał mu śniadanie. Nic nie zrobisz, gdy w ręku zamiast filmowej, trzymasz kamerę, z którą spokojnie można zatańczyć na weselu. Są jednak rzeczy, których się nie zrozumie, dopóki się nie zobaczy oczu aktora, który czeka by mu opowiedzieć co siedzi w twojej głowie. Nagle przestajesz być już sam na sam ze swoim filmem w głowie. Nagle zdajesz sobie sprawę, że tylko ty wiesz czego chcesz. Nie zamkniesz oczu w panice i powiesz sobie jakoś to będzie. W każdej sekundzie to ty musisz decydować. Miejsce z wyobraźni znika zastąpione przez to prawdziwe o wiele większe inne i do tego zamknięte w małym okienku cyfrowego wyświetlacza. W fotografii rzeczy się dzieją. Ty je tylko łapiesz. Zatrzymujesz na zawsze. Tu NIC się nie dzieje bez ciebie. Panika! Wielka lekcja. Wielka.
Teraz czas edycji.