i
w zasadzie wszystko gotowe. Spisane rzeczy leżą na podłodze i czekają na decyzje do czego je spakować by było wygodnie i by nie wzbudzać zbytnio zainteresowania hinduskich celników szukających wizy filmowej, która w ambasadzie była do wyboru dużo drożej niż moja turystyczna. Tak naprawdę, przez ten cały bałagan ostatnich dni nie zdążyłem jeszcze się nacieszyć tym, że w końcu to się dzieje. Jest dobrze. Nie mam jakiegoś konkretnego planu i nie miałem czasu na lonely planet, ale niech to już będzie tradycją. Wole bardziej przypadkowe miejsca niż te, w których każdy powinien być, choć z pewnością w samolocie będzie czas by coś przeczytać. Jedynym pewnikiem na mojej mapie jest Varanasi. To jedno z tych miejsc, które mają jakieś dziwne przyciąganie…ale o tym pewnie jeszcze będzie.