23/02/2009
Pierwszy sen, zmiana czasu. Nocne ujadanie wychudzonych psów i walka z moskitami. Wczoraj ostrożny spacer po mieście. Jednak zmęczenie po nieprzespanej nocy było zbyt mocne i skończyło się na przydrożnej knajpie i wielkim talerzu z curry. Mieszkam w południowej części Delhi i dojazd do centrum zajmuje dobre półgodziny. Po drodze stare atrakcje – tuktuk, autobus, w którym ktoś wymontował drzwi zwiększając przepływ powietrza, wystawiając tym samym kierowce na ryzyko swobodnego wyfrunięcia z pojazdu na pierwszym mocniejszym zakręcie. Wszędzie coś zaskakuje, powala. W Delhi mieszka ponad piętnaście milionów ludzi. Straszny ścisk,dlatego bez przerwy coś się dzieje. Nieskończona liczba kombinacji, możliwości by coś zobaczyć. Nie trzeba nawet ruszać się z miejsca. Można godzinami stać i wpatrywać się w życie miasta. Dziś dla własnego spokoju zaliczałem klasyczne sztampy jak red fort, czy brama Indii.
W laptopie pada bateria. Jeszcze sie odezwe