Sikandrabad
Mieścina kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Trudno mi wszystko ogarnąć. Panuje kompletny chaos. Nie mogę swobodnie wyjść na ulice. Po kilku sekundach prowadzę pochód dziesiątek dzieciaków zwołanych na hasło z tłumu - english man! Śledzą mój każdy ruch. Niczego tak naprawdę nie chcą, nie ma żebrania. Idą i obserwują, uśmiechają się. Z biegiem ulicy, sytuacja przypominając efekt śnieżnej kuli wymyka się z pod kontroli. Nie ma sekundy swobody. Nie ma gdzie uciec. Są wszędzie. W domach, oknach, na dachach, obok, przed i za mną. Wszędobylskie wielkie czarne oczy. Z czasem tłum zaczyna nabierać odwagi. Zaczynają pytać, dotykać, macać. Ucieczka.
Ucieczka do Radżasthanu. Wioski i miasteczka nie zdają egzaminu. Nie ma szans na film. Musze wszystko jeszcze raz przemyśleć, oswoić się z sytuacją. Kocham to słońce.