Varanasi
Z daleka minęliśmy charakterystyczny pontonowy most na Gangesie. Wiedziałem, że jesteśmy już blisko. Do Waranasi wjechaliśmy od północnej strony. Samochód w tłumie ludzi, zwierząt, motorikszy i innych pojazdów wolno i z trudem przeciskał się wąskimi uliczkami szarymi od unoszącego się w powietrzu gęstego kurzu. Tutaj, w tej właśnie chwili ten tłum nie miał większego znaczenia, czy jakiegoś konkretnego celu. Dopełniał zwyczajnie krajobraz tego najdawniejszego z dawnych miast. Przez zamknięte okna z uwagą oglądałem świat tak dobrze mi znany z wyczytanych wcześniej relacji, zdjęć, czy wreszcie jakże ważnego w moim życiu - scream of the ants. Z dużym niepokojem, ale i ciekawością zaciągałem się tutejszym powietrzem. Napięcie rosło z każdą kolejną uliczką zbliżającą nas do rzeki. Każdy oddech z osobna poddawałem swoistej analizie doszukując się w stercie zapachów czegoś osobliwego, nieznanego. Gdzieś za którymś z tych murów zaraz wyłoni się rzeka, a na jej brzegu będą stosy, na których od wieków codziennie na wolnym powietrzu płoną ludzkie zwłoki. Dla tych, których nie stać na dostateczną ilość sandałowego drewna, obok dużo taniej pracują setki krematoriów. Inni po prostu wrzucają ciała bliskich prosto do rzeki w nadziei na zakończenie odwiecznej wędrówki duszy i wieczny spokój. Urodziłem się w Oświęcimiu, od dziecka słuchałem opowieści dziadków o czarnym dymie i słodkim zapachu znad obozowych kominów. Teraz po latach z dreszczem wyczekiwałem na to co przyniesie wiatr.
Do zmroku zostało jeszcze klika godzin. W pośpiechu do małego plecaka władowałem aparat, a resztę rzeczy zostawiłem w hotelowym pokoju. Wychodząc spojrzałem za okno. Trzecie piętro, wysoka biała ściana sąsiedniego budynku blokowała całkowicie widok. Byłem pewien, że gdzieś już to widziałem. Na korytarzu minąłem bezimiennych ludzi, silnie zajętych zdzieraniem starej farby. Pod hotelem czaiło się kilku bosych rykszarzy. Leżeli ukosem w poprzek pojazdu, podpierając dłońmi czarne, rozczochrane łby. Z drugiej strony, na kierownicy sterczały spękane stopy pokryte grubą, suchą i podeszwowatą warstwą skóry. Pomiędzy zwisało chude ciało przybrane workowatym ciuchem. Wzdrygnęli na widok białego.
-Hello sir, rickshaw, very cheep. No? Maybe tomorrow??
Przeszedłem bez słowa. Rzeka była bardzo blisko, zresztą i tak nie miałem już pieniędzy a w głowie od dawna rozgrywała się wielka bitwa pomiędzy strachem a bezczelną ciekawością, która przywiodła mnie do tego miejsca i z pewnością nie zamierzała odpuścić w takiej chwili.
Matka pchnęła nagle nagie dziecko z wielkim brzuchem i pustą metalową michą. Mały chłopak teatralnie wskazując usta, mechanicznym ruchem wystawił pojemnik w nadziei na kilka drobnych. Przyspieszyłem kroku omijając dziecko szerokim łukiem. Na końcu ulicy, niczym wielki język, spod budynków zwisały betonowe schody zanurzone w czarnej wodzie. Budynki zlepione były w jedną całość izolując człowieka od miasta tworzyły piekielne wrażenie. Stanąłem na schodach spoglądając na rzekę. Po wodzie sunęła spalinowa barka wypełniona drewnem, niżej kilku mężczyzn siedząc wpatrywało się w wodę, po drugiej stronie kobiety wieszały pranie, a przy brzegu kilkanaście łodzi czekało na turystów. Ruszyłem wzdłuż w dalszym ciągu oddychając niepewnie, ostrożnie, rozdzielając w mózgu zapachy i zatrzymując się przy każdym, który wydawał się być nowym. Jednak prócz dymu ogniska, wilgoci, potu zmieszanego z moczem, niczego nie odkrywałem. Siedzący mężczyźni odwrócili wzrok. Zaczęli przekrzykiwać się, rzucając ofertami na tanią przejażdżkę łodzią po rzece. Dzięki nim znów poczułem się pewniej, że to wciąż te same cudowne Indie. Poszedłem dalej. Ze schodów ciągnących się aż po niebo grupa ludzi na noszach niosło ciało zawinięte w złoty błyszczący papier. Podszedł młody chłopak oferując lepszy widok. Automatycznie z pasa zrobiłem zdjęcie. Chłopak spojrzał na aparat, którego głośna migawka zdradziła mój sekret. Wiedziałem, że tu nie można robić zdjęć. Zostawiłem chłopaka i poszedłem dalej omijając świątynie zza której po raz pierwszy zobaczyłem wielką stertę płonącego drewna. Odwróciłem wzrok.
Myśli kłębiły się w głowie.
Hindusi wierząc w reinkarnację przybywają do Waranasi z nadzieją, że w tym miejscu zakończy się wędrówka duszy, która od wieków w bólu odradzała się pod różnymi postaciami. Święty Ganges zabierze duszę z tego świata zjednoczy ją z bogiem i nie narodzi się więcej jako robal, szczur, czy krowa.
Z przeciwnej strony przeszły dwie blondynki, uważnie, na palcach omijając krowie przeszkody. Twarze zakryte białą, czystą chustką. Słońce powoli chowało się za horyzontem. Jeszcze raz popatrzyłem w stronę ognia. Nic prócz płomieni i żaru nie można było zobaczyć. I dobrze. Uspokoiłem są wstrętną ciekawość.
Poszedłem dalej …





