z filmu
Pierwsze skany z filmu. internet z modemu. koszmar.
Byłem w trzeciej klasie podstawówki. Wieczorem z rodzicami wyszliśmy do sąsiada zobaczyć w kolorze finał mistrzostw świata pomiędzy Argentyną a Niemcami. W przerwie meczu po raz pierwszy usłyszałem Smooth Criminal. To był jeden z tych utworów który można było nagrać na obu stronach kasety i słuchać bez końca. BAD był moim pierwszym albumem, który kupiłem w księgarni a Michael wprowadził mnie w świat muzyki. Myślę, że tak jak każdy z nas pamięta moment w którym usłyszał o 9/11 tak teraz każdy na zawsze zapamięta co robił w dniu kiedy odszedł król naszego muzycznego pokolenia.
Powoli zapada zmrok. Weranda wielkiego domu w postkolonialnym stylu, gdzieś na obrzeżach stolicy. W gardle pali jeszcze papryka z kolejnej chińskiej zupki, którą na szczęście z łatwością można tu dostać w każdym sklepie. Jestem już po pierwszej próbie lokalnego chleba. Wyglądem i kolorem przypomina zakalec naszego naleśnika. W dotyku bardziej galaretowaty a w smaku…(?) hmm… Nie do końca mogę powiedzieć bo przy pierwszej próbie, wszystkie kubki smakowe spięły się ze strachu w pozycji embrionalnej i przestały przyjmować jakiekolwiek informacje podawane z ust . Tuż po pierwszym kęsie, nie pokazując na twarzy o co chodzi, tak by przypadkiem nikogo nie obrazić oznajmiłem wstydliwie, iż mam słaby żołądek i lepiej nie ryzykować. Tym bardziej, że woda w toalecie jest tu rarytasem i często jej nie ma. Jeszcze gorzej jest z elektrycznością. Prądu nie ma całymi dniami. Czasem włączą późno w nocy i tylko wtedy jest czas by zdążyć naładować baterie. W okolicy nie słychać też klekoczących spalinowych generatorów tak bardzo popularnych w Azji. Na pewno gdzieś tu są, może bliżej centrum. Tu gdzie chwilowo mieszkam codziennie w nocy słychać koncertujące cykady, czasem jakiś pies wpadnie w szał i z wrzaskiem pogoni nocnego intruza. Gdzieś pośród tych wszystkich dźwięków wprawne ucho tubylca wychwyci skowyt hien szukających jakichś resztek na okolicznych śmietnikach. Umieram z ciekawości na każdą opowieść o tych zwierzętach. Miejscowi, widząc mój firmowy zachwyt, starają się podgrzać emocje i sięgają pamięcią do najstraszliwszych opowieści. Poza miastem hieny potrafią zebrać się w grupę i zaatakować samotnego człowieka pozostawiając po nim sam szkielet. Tutaj w mieście raczej stronią od ludzi, dlatego mam już obiecaną nocną wyprawę w ciemne okolice miasta. Addis Abebe znam już z widzenia, głównie z okna samochodu i kilku prób wtapiania się w tłum, które za każdym razem kończyły się zaczepkami ze strony przypadkowych typów spod naprawdę ciemnej gwiazdy rządnych zapłaty za obiektyw wycelowany w ich kierunku. Dlatego też samotne spacery z wielkim aparatem w ręce nie należą tu do najprzyjemniejszych. Dużo lepszym pomysłem na takie miejsca byłby jakiś mały i nie rzucający się w oczy aparat. Cóż, może Afrykańska wieś będzie bardziej przyjazna, na razie ratują mnie ćwiczone zdjęcia z pasa, czy zwykłe udawanie niemca i szybki krok w nieznanym kierunku. Całe miasto zatopione jest w szarym i grubym betonie ostro zakończonym tanią falowaną blachą z rzadka malowaną jakąś mocną farbą. W zupełnie przypadkowych miejscach z ziemi wyrastają kiczowate wielopiętrowe szklane domy, które ktoś bezmyślnie wstawił w ten cały tandetny krajobraz. Ostatnie tradycyjne, gliniane afrykańskie chatki z brązowym okrągłym dachem stoją owinięte drutem oczekując na przyjazd buldożerów. Znikną pewnie jeszcze w tym roku pod podpisem jakiegoś lokalnego architekta zapatrzonego w sobotnie filmy z satelity. Do dziś, a w Etiopii mamy 2001 rok, nie udało się tu jeszcze nikomu otworzyć macdonalda i choć po cichu z chęcią wymkną bym się na jakiegoś „chama”, bo fanem oryginalnej etiopskiej kuchni nie zostanę, to z dumą przyznać muszę, że w końcu trafiłem na jakieś wyjątkowe miejsce.
jestem….. internet koszmarnie wolny…. bagaze wszystkich lecacych z londynu, zagubione w kairze…ponoc do jutra… nie mam ubran i ladowarek ehhh…. tubylcy wyczuleni na aparat, ciezko cos zrobic, ale przygoda jest….
W piatek zaliczylem ostatnie z ukluc wymaganych przed wylotem do Etiopii. Niewiele braklo a narobil bym sobie klopotów, gdyz certyfikat szczepienia przeciwko zóltej febrze wymagany jest przy wylocie z tego kraju. Brak tego papierka moze skonczyc sie przymusowa kwarantanna w izolatce na któryms z lotnisk. Zanim antidotum nabierze swojej mocy kilka kolejnych dni spedze w stolicy Etiopii - Addis Abebe, gdzie w wyczekiwaniu na lokalne wesele, kazda wolna chwile poswiece walce z komarami i robieniu zdjec.
Tym razem oprócz cyfrowego canona, spora czesc zdjec bedzie na 35mm filmie Kodaka (dzieki Karol) do tego obiektyw 16-35, wiec powinno byc bardzo szeroko.
A dalej?
Dalej jeszcze nie wiem, prawdopodobnie poludnie kraju, ale decyzja dopiero zapadnie jak sie polapie o co chodzi. Na razie zajadam sie tym co podaja w samolocie i zastanawiam sie jak smakuja tradycyjne etiopskie smazone placki chlebowe z przezuwanego uprzednio ciasta i jak bardzo na bialych msci sie cesarz. heh.
Pewnie niebawem sie przekonam. Z pewnoscia o tym jeszcze opowiem. Cala reszta to wielka niewiadoma. Uczucie podobne do tego z pierwszego wyjazdu do Indii. Kompletny kosmos. Tymczasem na monitorach zapodaja Twilight (straszna szmira) a ja ukradkiem spogladam na wielka dame w kolorowej sukni z fryzura siegajaca panelu z maskami tlenowymi. Za oknem zupelna ciemnosc na przemian z czerwonym swiatlem migajacym na rozdygotanym skrzydle. Nie wiem zupelnie która godzina. W powietrzu zmienil sie czas i rok.
Z resztek tego co zostało mi jeszcze z Indii zmontowałem video do tego co działo się tutaj
Zapraszam na 6 minut dźwięków i obrazów z Varanasi.
Mieszanka yerby, kawy i jakiejś taniej podróby redbula utrzymuje mnie przy klawiaturze pomagając skonstruować kolejne tezy o upadku kina w jego czystej celuloidowej formie. Takiej w ciemnym teatrze z popcornem ręku i z sąsiadem obok razem z tobą wpatrującym się w drgający obraz odbity od wielkiego białego materiału.
Jesteśmy ostatnimi światkami nieuniknionego upadku starego kina zanim całkowicie pochłonie go tańsza i lepsza digital era.
hmm.

janisz z cyfrowego odzysku.
Zawsze dobrze jest mieć pod ręką mały notatnik, tak by w razie potrzeby zapisać tam to co przynajmniej w danej chwili wydaje się nam ważne, a co z pewnością niebawem przepadnie przygniecione kolejną porcją tego co znów wydarzy się dzisiaj. Na szczęście wokół coraz cieplej, słońce wysusza ziemię i znów wracają stare zapachy miesiącami zmywane przez zgniły deszcz i chłód tych gorszych dni w roku. Dużo łatwiej złapać wenę, coraz trudniej zasnąć. Lilian w ciemnościach, czasem do samego rana opowiada nową scenę, inne rozwiązanie. Jak to wszystko się skończy? Dalej na oślep, bez kierunku i byle do przodu? Co jest ważne, a co piękne?
Odchodzi ktoś bliski. Padają stare pytania, na które nie ma sensu odpowiadać.
Kiedyś bałem się latać. Teraz też bez żadnej przyjemności zapinam pas i zamykam oczy na kilka godzin tylko po to by wyjść z drugiej strony do czegoś zupełnie nowego, zaskakującego a do niedawna niedoścignionego.
Po co to wszystko? Chyba tylko po to by później, po powrocie móc dostrzec tańczącą dla mnie na wietrze plastikową torbę z american beauty, niewidzialnego świerszcza, który nocami przygrywa na naszej starej zakurzonej łące za blokami, by móc popatrzeć na wszystko z boku, z daleka, by wziąć plecak i iść przed siebie do końca świata.
trzymaj się
a już niebawem znów w drodze. Póki co ostatni esej, brief, treatment, script, production report……..
Powered by WordPress