Jarek Jarosz -photolife

26/06/2009

Addis Abebe znam już z widzenia

Filed under: 10.Ethiopia, 01.Life — Jarek @ 04:28 pm

Powoli zapada zmrok. Weranda wielkiego domu w postkolonialnym stylu, gdzieś na obrzeżach stolicy. W gardle pali jeszcze papryka z kolejnej chińskiej zupki, którą na szczęście z łatwością można tu dostać w każdym sklepie. Jestem już po pierwszej próbie lokalnego chleba. Wyglądem i kolorem przypomina zakalec naszego naleśnika. W dotyku bardziej galaretowaty a w smaku…(?) hmm… Nie do końca mogę powiedzieć bo przy pierwszej próbie, wszystkie kubki smakowe spięły się ze strachu w pozycji embrionalnej i przestały przyjmować jakiekolwiek informacje podawane z ust . Tuż po pierwszym kęsie, nie pokazując na twarzy o co chodzi, tak by przypadkiem nikogo nie obrazić oznajmiłem wstydliwie, iż mam słaby żołądek i lepiej nie ryzykować. Tym bardziej, że woda w toalecie jest tu rarytasem i często jej nie ma. Jeszcze gorzej jest z elektrycznością. Prądu nie ma całymi dniami. Czasem włączą późno w nocy i tylko wtedy jest czas by zdążyć naładować baterie. W okolicy nie słychać też klekoczących spalinowych generatorów tak bardzo popularnych w Azji. Na pewno gdzieś tu są, może bliżej centrum. Tu gdzie chwilowo mieszkam codziennie w nocy słychać koncertujące cykady, czasem jakiś pies wpadnie w szał i z wrzaskiem pogoni nocnego intruza. Gdzieś pośród tych wszystkich dźwięków wprawne ucho tubylca wychwyci skowyt hien szukających jakichś resztek na okolicznych śmietnikach. Umieram z ciekawości na każdą opowieść o tych zwierzętach. Miejscowi, widząc mój firmowy zachwyt, starają się podgrzać emocje i sięgają pamięcią do najstraszliwszych opowieści. Poza miastem hieny potrafią zebrać się w grupę i zaatakować samotnego człowieka pozostawiając po nim sam szkielet. Tutaj w mieście raczej stronią od ludzi, dlatego mam już obiecaną nocną wyprawę w ciemne okolice miasta. Addis Abebe znam już z widzenia, głównie z okna samochodu i kilku prób wtapiania się w tłum, które za każdym razem kończyły się zaczepkami ze strony przypadkowych typów spod naprawdę ciemnej gwiazdy rządnych zapłaty za obiektyw wycelowany w ich kierunku. Dlatego też samotne spacery z wielkim aparatem w ręce nie należą tu do najprzyjemniejszych. Dużo lepszym pomysłem na takie miejsca byłby jakiś mały i nie rzucający się w oczy aparat. Cóż, może Afrykańska wieś będzie bardziej przyjazna, na razie ratują mnie ćwiczone zdjęcia z pasa, czy zwykłe udawanie niemca i szybki krok w nieznanym kierunku. Całe miasto zatopione jest w szarym i grubym betonie ostro zakończonym tanią falowaną blachą z rzadka malowaną jakąś mocną farbą. W zupełnie przypadkowych miejscach z ziemi wyrastają kiczowate wielopiętrowe szklane domy, które ktoś bezmyślnie wstawił w ten cały tandetny krajobraz. Ostatnie tradycyjne, gliniane afrykańskie chatki z brązowym okrągłym dachem stoją owinięte drutem oczekując na przyjazd buldożerów. Znikną pewnie jeszcze w tym roku pod podpisem jakiegoś lokalnego architekta zapatrzonego w sobotnie filmy z satelity. Do dziś, a w Etiopii mamy 2001 rok, nie udało się tu jeszcze nikomu otworzyć macdonalda i choć po cichu z chęcią wymkną bym się na jakiegoś „chama”, bo fanem oryginalnej etiopskiej kuchni nie zostanę, to z dumą przyznać muszę, że w końcu trafiłem na jakieś wyjątkowe miejsce.

No Comments

No comments yet.

RSS feed for comments on this post.

Sorry, the comment form is closed at this time.

Powered by WordPress