Jarek Jarosz -photolife

28/10/2009

Post 2178

Filed under: 01.Life — Jarek @ 03:03 pm

Na zewnątrz

zimne, niebieskie powietrze przejmuje powoli kontrolę nad w oczach słabnącym pomarańczem, a to zdecydowanie nie wróży niczego dobrego. Na moich ulubionych blogach już od dawna widać gorączkowe ruchy tych, którzy nadchodzące krótkie, bure dni zamienią na coś dużo bardziej przyjemniejszego. Jedno z tych miejsc, gdzie liście o tej porze roku mocno trzymają się drzew a ludzie mają czas zupełnie za nic. Czytam o przygotowaniach do wyrwania się na Bangkok, Goa, do Brazylii, Pekinu czy Mongolii. Na mojej mapie ląduje kolejny punkt, miejsce, do którego trzeba kiedyś dotrzeć. Któryż to już rok obiecuję sobie, że następną zimę spędzę z dala od matrixa? … Przynajmniej drugi jak nie trzeci, ale to i tak spokojnie wystarczy do tego by załadować moją małą porcję frustracji. Przecież nie będę czekał w nieskończoność. Chcę te miejsca zobaczyć jeszcze bez okularów, z własnym uzębieniem i chce mieć jeszcze choć trochę włosów, które będzie burzył ciepły wiatr. Zastanawiam się co by było, gdybym pilota i telewizor wyrzucił kilka lat wcześniej. Gdzie bym teraz był? Trudno powiedzieć. Być może nigdzie, bo by coś zmienić potrzebne jest to nagłe, skondensowane uderzenie, impuls. Coś na tyle mocnego by zmusić nas by iść pod prąd, obudzić się tego najważniejszego poranka. Poczuć siebie. Wydaje mi się, że wówczas łatwiej zrozumieć sens. A wtedy już jest dużo prościej. Łatwiej robić rzeczy, które każdy z nas dusi gdzieś skrycie, o których z pasją  potrafi opowiadać a później z tą samą łatwością odkłada na półkę z napisem nie dam rady, to nie dla mnie. Pamiętam komentarze pod nagrodzonymi na World Press Photo zdjęciami Tomasza Gudzowatego -”gdybym miał tyle kasy co on też bym takie zdjęcia robił”. Z pewnością pieniądze pomagają i nie da się bez nich obejść, ale nie są najważniejsze, co chyba przez ostatnie lata udało mi się z powodzeniem tutaj udowodnić. Setki zdjęć a nawet film prawie wyłącznie z pasji i chęci. Marzenia, na które każdy jeśli tylko chce, może zapracować w letnim sezonie na zmywaku bangladeskiej knajpy w Londynie. Przecież żaden Bóg nie wpisał nam w metryce ośmiogodzinnego dnia pracy, jakiejś gotowej recepty na to jak żyć by przeżyć. Czasem nie ma innego sposobu, czasem trzeba schylić głowę, poświęcić kilka miesięcy. Znikać zanim wzejdzie słońce i wracać kiedy dawno go już nie ma, ale nie warto się poddawać bo życie jest po to by go używać. Teraz przyszedł czas, gdy zmuszony ponownie oglądam świat w jarzeniowym świetle biurowego pomieszczenia. Taki czas by spokojnie zastanowić się co dalej, bo możliwości jest wiele… i są też Indie… tak na wszelki wypadek. Trudny to czas. Pewnie najtrudniejszy. Jest już zbyt daleko by zawrócić.

Pewnie długo nie wysiedzę.

20/10/2009

Filed under: 01.Life — Jarek @ 08:44 pm

iphone.jpg

iphone2.jpg

18/10/2009

Filed under: 01.Life — Jarek @ 07:33 pm

Tak mi się zmontowało

16/10/2009

zima idzie

Filed under: 01.Life — Jarek @ 08:15 pm

londyn-2.jpg

londyn.jpg

londyn-3.jpg

londyn-4.jpg

londyn-5.jpg

15/10/2009

Filed under: 01.Life — Jarek @ 11:21 pm

więcej o Lilce będzie tutaj

12/10/2009

nagroda

Filed under: 01.Life — Jarek @ 01:07 pm

Przyznać trzeba, że gdy byliśmy mniej więcej w połowie zdjęć, już wówczas zacząłem nabierać przekonania, że film raczej nie powali nikogo na kolana, ale przynajmniej spokojnie się obroni, a to zawsze coś. Prawdopodobnie większość moich znajomych z roku,  do tematu pracy dyplomowej jak i wcześniejszych filmów, podeszła bez specjalnego stresu i właśnie z takiej perspektywy, by zrobić coś co wystarczy do zaliczenia. Trudno się też dziwić, nie każdy słyszał o łódzkiej filmówce, nie mówiąc o katowickim WRiT i nikt nie musiał się porównywać do tego co tam powstaje pod koniec czteroletnich studiów. Będąc tutaj, gdzieś w podświadomości musiałem toczyć tą nierówną walkę z tym co w Polsce. Z prawdziwymi, filmowymi kamerami, wsparciem ze strony najlepszych polskich fachowców, czy zastrzykami finansowymi ze strony polskiego instytutu sztuki filmowej.

Okazuje się jednak, że taka ukryta konkurencja może przynieść pozytywne rezultaty. Lilian (wciąż nie wymyśliłem lepszej nazwy) film, z pożyczonym budżetem, (który głównie został wydany na paliwo i ubezpieczenie) pobił rekord Breath i otrzymał 85% - distinction w angielskiej skali ocen dzięki czemu, jak się właśnie dowiedziałem, uzyskałem tytuł magistra filmu z wyróżnieniem (highest honors). Heh, na politechnice by się przewrócili. Pewnie do dziś pamiętają moją matmę.

07/10/2009

Filed under: 01.Life — Jarek @ 10:53 pm

Chyba wciąż to do mnie nie dociera. Ta cała roczna bitwa zmęczyła mnie na tyle, iż ten najlepszy moment, w którym na biurku położyłem kopertę z płytą DVD, dokumentacją, scenariuszem,  przyszłą strategią marketingową i innymi papierami pisanymi last-minute, nie przyniósł mi jakiejś specjalnej ulgi. Dzień wcale się nie wydłużył, a gdy po raz ostatni wszedłem do wagonu czerwonej linii metra, wciąż nie mogłem bez wyrzutów sumienia spokojnie zagubić się w we własnych myślach. Pamiętam jak przez ostatni rok z zazdrością patrzyłem na znudzonych pasażerów czytających rubryki sportowe, podczas gdy ja w stresie, na szybko doczytywałem strony mądrych książek,  próbując połapać się w temacie tak by za kilka minut nie dać się zaskoczyć wykładowcy. A w tym samym czasie na boku wytrwale zbierałem mozolnie cenne wyrazy moich kilkutysięcznych esejów. Trudny rok. Trzymając się chaotycznego planu, bez spodziewanej euforii dojechałem do tej pierwszej planowanej stacji. Może po prostu trudno mi uwierzyć, że to zrobiłem, że to już koniec. Film wcale nie wylądował na półce w oczekiwaniu na premierę, wciąż jestem niezadowolony. Jeszcze do wczoraj eksperymentowałem z kolorami by w końcu przez wersję czarno-białą wrócić do punktu wyjścia. Za każdym razem wynajduję kolejny błąd, trzask, którego nie da się wyczyścić, ale można wciąż poprawiać… w nieskończoność, a każda zmiana to godziny eksportowania. Dziś raz kolejny obiecałem sobie, że to już koniec, że to film studencki bez budżetu, bez doświadczenia, że zrobiłem wszystko co mogłem. Lilian ma 31min samej fabuły, bez części dokumentalnej, z której chwilowo zrezygnowałem.  Wypalam płytę, kończę stronę filmu i …w drogę.

Powered by WordPress