Na zewnątrz
zimne, niebieskie powietrze przejmuje powoli kontrolę nad w oczach słabnącym pomarańczem, a to zdecydowanie nie wróży niczego dobrego. Na moich ulubionych blogach już od dawna widać gorączkowe ruchy tych, którzy nadchodzące krótkie, bure dni zamienią na coś dużo bardziej przyjemniejszego. Jedno z tych miejsc, gdzie liście o tej porze roku mocno trzymają się drzew a ludzie mają czas zupełnie za nic. Czytam o przygotowaniach do wyrwania się na Bangkok, Goa, do Brazylii, Pekinu czy Mongolii. Na mojej mapie ląduje kolejny punkt, miejsce, do którego trzeba kiedyś dotrzeć. Któryż to już rok obiecuję sobie, że następną zimę spędzę z dala od matrixa? … Przynajmniej drugi jak nie trzeci, ale to i tak spokojnie wystarczy do tego by załadować moją małą porcję frustracji. Przecież nie będę czekał w nieskończoność. Chcę te miejsca zobaczyć jeszcze bez okularów, z własnym uzębieniem i chce mieć jeszcze choć trochę włosów, które będzie burzył ciepły wiatr. Zastanawiam się co by było, gdybym pilota i telewizor wyrzucił kilka lat wcześniej. Gdzie bym teraz był? Trudno powiedzieć. Być może nigdzie, bo by coś zmienić potrzebne jest to nagłe, skondensowane uderzenie, impuls. Coś na tyle mocnego by zmusić nas by iść pod prąd, obudzić się tego najważniejszego poranka. Poczuć siebie. Wydaje mi się, że wówczas łatwiej zrozumieć sens. A wtedy już jest dużo prościej. Łatwiej robić rzeczy, które każdy z nas dusi gdzieś skrycie, o których z pasją potrafi opowiadać a później z tą samą łatwością odkłada na półkę z napisem nie dam rady, to nie dla mnie. Pamiętam komentarze pod nagrodzonymi na World Press Photo zdjęciami Tomasza Gudzowatego -”gdybym miał tyle kasy co on też bym takie zdjęcia robił”. Z pewnością pieniądze pomagają i nie da się bez nich obejść, ale nie są najważniejsze, co chyba przez ostatnie lata udało mi się z powodzeniem tutaj udowodnić. Setki zdjęć a nawet film prawie wyłącznie z pasji i chęci. Marzenia, na które każdy jeśli tylko chce, może zapracować w letnim sezonie na zmywaku bangladeskiej knajpy w Londynie. Przecież żaden Bóg nie wpisał nam w metryce ośmiogodzinnego dnia pracy, jakiejś gotowej recepty na to jak żyć by przeżyć. Czasem nie ma innego sposobu, czasem trzeba schylić głowę, poświęcić kilka miesięcy. Znikać zanim wzejdzie słońce i wracać kiedy dawno go już nie ma, ale nie warto się poddawać bo życie jest po to by go używać. Teraz przyszedł czas, gdy zmuszony ponownie oglądam świat w jarzeniowym świetle biurowego pomieszczenia. Taki czas by spokojnie zastanowić się co dalej, bo możliwości jest wiele… i są też Indie… tak na wszelki wypadek. Trudny to czas. Pewnie najtrudniejszy. Jest już zbyt daleko by zawrócić.
Pewnie długo nie wysiedzę.