.

Gimnastykując umysł powoli, systematycznie wypełniając środek, wiąże mozolnie początek z końcem i historia w filmie zaczyna nabierać sensu. Przyznam, nie jest łatwo. Zaczyna się już krótko po tym gdy tylko świadomość zorientuje się, że to co widać to nie jest już sen. Wówczas następuje automatyczna inicjacja codziennej samo-motywacji, która wraz z upływającym czasem przepoczwarza się w samo-krytykę, by skończyć na wyrzutach sumienia a w końcu obelgach wobec samego siebie. Te z kolei są ostatnim niezbędnym elementem procesu samodzielnego wydostawania się spod ciepłej kołdry do zimnego lutowego świata. Dalej poranna toaleta. To już konkretne plany, założenia i umowy z samy sobą na resztę dnia. Najjaśniejszy moment. Wówczas jeszcze wszystko jest możliwe i bardzo łatwe. Dalej jest śniadanie i pierwsza chwila na odmóżdżenie przy internetowym, obowiązkowym sprawdzaniu kto, gdzie i kiedy. W końcu następuje pierwsze podejście do laptopa. Ważne jest też miejsce. Musi być jak najbardziej ascetyczne, takie by nic nie rozpraszało uwagi. Najlepiej tuż przed jakąś gołą ścianą. Wokół sterta poduszek. Przecież będę siedział cały dzień. Nie mogę się zmęczyć. Teraz kawa. Najważniejsze. Kulminacja dnia. Żółta czibo. Najlepiej świeżo otwarta. Lepiej smakuje. Laptop zdążył się już rozgrzać. Siadam. Pierwszy łyk. Mało cukru. Pędzę do kuchni by nie przegapić momentu optymalnej temperatury kawowej. Takiej, w której jeszcze parzy, ale da się już pić. I już siedzę. Otwieram dokument z filmem. Trochę potrwa zanim się otworzy. Nie tracąc sekund sprawdzam szybko pocztę. Ciekawy link. Interesujące, ale mam ważniejsze sprawy. Przecież pisze. To takie ważne, najważniejsze. Przecież tyle na to czekałem. Wracam do worda. Gdzie ja to byłem? Tyle już tych stron. Czuje, że zaczynam być śpiący. Jak to możliwe? Przecież dopiero wstałem. Ahh. Mam kawę. Duży, dobry łyk. Pisze. Myślę. Na moment staję się Bogiem. Decyduje o losach ludzi, o ich charakterach, rodzinie. Kto umrze, kto będzie bogaty, kto szczęśliwy…. Szybko popadam w poboczny wątek. Wracam. Pisz!..Ale jestem śpiący. Dlaczego ta kawa działa tylko na pęcherz? Lece więc do kibla i w drodze obiecuje sobie, że już się nie oderwę. Siadam. Pisze. Jestem głodny. Nie mogę pisać myśląc o jedzeniu. Wychodzę. Szybki lancz. Wracam. Specjalnie nie wyłączyłem laptopa by nie zaczynać od początku. By po powrocie tylko wbić się w historie i pisać. Po jedzeniu kawa nr dwa. Już nie taka dobra, ale równie ważna. Wciąż jestem śpiący, ale muszę pisać. Siadam. Gdzie ja to byłem? Tak. I znów decyduje. Jestem panem. Ale może ktoś ciekawy wysłał mi maila? Przecież to tylko chwila. Sprawdzam. Nic. Facebook? Pisze. Może jak się położę na chwilę i prześpię to będę świeższy i lepiej mi pójdzie. Nie. Musze pisać. Przecież jeszcze tak dużo do napisania, a jak skończę to wyjadę. I już jestem w Indiach. Chodzę po rozgrzanych ulicach. Klaksony samochodów dźwięczą w uszach a ja jestem wolny. Leże na plaży. Nowe miejsca, nowe twarze. Przygoda. To mnie motywuje, więc wracam myślami z powrotem do zimnego pokoju. Pisze. Zapadł już zmrok. Nie mogę przecież tak cały dzień bo się wykończę. Musze od tego odejść. Nabrać dystansu. Szukać inspiracji. Ale im szybciej skończę….Dobra, pisz! Ktoś dzwoni. Ktoś musi. Nie odbieram. Może to ważne? Odbieram. Już tak późno. Wyjdę gdzieś, przewietrzę się to mi dobrze zrobi. Napisze to jutro. Idę spać.
byle do wiosny
piszę…od przyjazdu z polski…..codziennie….jeśli nie piszę… to myślę o tym co pisać…a historia zaczęła rozjeżdżać się na boki…film ma nowy początek…i jest nowy tytuł……chcę skończyć ten tratment jeszcze przed nowym chińskim rokiem…. była świnia, szczur i wół…. za kilka dni będzie tygrys…jestem pewien, że to dobry znak…będzie dobrze…
dzięki za ostatnie trzy lata…
kto by się spodziewał
Powered by WordPress