Jadę
Dziewięć godzin z okładem przewidzianym na nieprzewidziane opóźnienie. Uwielbiam pociągi. Mogę się tak kołysać w nieskończoność. Przynajmniej dopóki kręgosłup to wytrzyma. A czuję, że wytrzymuje już mniej niż kiedyś. W czasach corocznych wypraw lipcową magistralą Bielsko – Łeba. Kiedy to do wypchanego po brzegi pociągu wchodziło się wyłącznie przez okno, a najlepsze imprezy organizowano w okolicach syfiastego kibla. Ale wtedy każdy dobrze wiedział, że było to strategiczne miejsce warte poświęceń. Miejsce obok którego nikt z podróżnych nie przeszedł obojętnie. Właśnie tam, prędzej czy później musiała pojawić się upatrzona wcześniej dziewczyna z pobliskiego przedziału. A dalej to już różnie bywało.
Pociąg prawie wcale się nie zmienił. Co prawda w niektórych przedziałach wymienili tapicerkę a ściany zakleili tanią okleiną, ale nie mogę uwolnić się od myśli, że gdzieś tu pod tą nową warstwą tkwią jeszcze dobrze zachowane nasze flamastrowe wpisy sprzed dwóch dekad.
Od dziś Szczecin. Na kilka dni.