swieta wojna

Tradycyjnie nie odbyło się bez biurokratycznych niespodzianek. Już nie wystarcza im wyciąg z konta sprzed dwóch lat.
Teraz jeszcze należy mieć ze sobą zabytkowe rachunki za gaz, czy wodę. Dobrze, że nie mam daleko.

i kończy się już rok,… w którym miało być tak pięknie. Ten czas leci podejrzanie szybko. Tygrys okazał się chudy i wybrakowany. Powoli przestaje wierzyć w chiński kalendarz. A zaczęło się całkiem, całkiem. W styczniu. Od mocnego uderzenia w warszawie, które wyrzuciło moje EGO na sam czubek iglicy pałacu kultury. Później trzy miesiące przy świetle laptopa w zamknięciu przed światem, zakończone spektakularną porażką literacką ogłoszoną tuż przed końcem kwietnia. Po tym już bardzo szybko wróciłem do życiowego miejsca w szeregu, a plany na wielkie filmowanie musiałem przełożyć na nieokreślone później. Tym bardziej, że przecież trzeba za coś żyć, a w dodatku od tego twórczego siedzenia, mój niepilnowany żołądek cichaczem odbił się od szkieletu i momentalnie przybrał kształt do złudzenia przypominający brzuchy etiopskich dzieci z charytatywnych klipów MTV, które wyświetlano podczas afrykańskiej suszy w końcówce lat osiemdziesiątych. Trzeba było się ratować. Maj przywrócił mnie do życia, a lipiec przyniósł klip w Szczecinie. Wówczas niebieski, postkomunistyczny paszport z orłem bez korony i milionem fajnych pieczątek zamieniłem na nudny, czerwony z odciskiem palca i od teraz muszę się mieć na baczności przed czujnym okiem bogów z matriksowego świata. W sierpniu na stole operacyjnym położyłem studencką lilian, którą wcześniej zostawiłem samej sobie po styczniowym zamgleniu. Wypolerowaną, poprawioną i wytrawioną na nowym DVD, w październiku, równo rok od dyplomu zaniosłem do EMI by w końcu wydali wyrok i pozwolili wysłać ją na jakiś festiwal. Dam znać jak się odezwą. No, ale w sumie nie miało być o tym. Miało być o tym, że dawno nie było tu mięsa, że zawiało nudą i polaroidowym kiczem wschodniego londynu, że przyznaję, iż utknąłem pomiędzy tu i tam. Dlatego po krótkim wahaniu wpadłem na zajebiście oryginalny pomysł kupiłem bilet i pędzę na 142-148 Goswell Road załatwiać wize. Nowy rok zaczynam w innym wymiarze. Znów ratuje się Indiami i powoli zaczynam sobie zazdrościć.
Powered by WordPress