stara baba
Tak jak do instrukcji obsługi zaglądam długo po tym jak już wszystko świeci i gra, tylko po to by ewentualnie odkryć jakieś dodatkowe, tajne funkcje, tak nie czytam ulotek dołączonych do lekarstw ślepo wierząc doświadczeniu tym którzy je polecają. Przecież z reguły jeśli coś ma instrukcje, to musi być fajne. No nie? Jednak z tabletkami nie jest już tak różowo. Do tej pory do Indii grzecznie zabierałem polecany przez NHS zestaw Chloroquine z Proguanil’em (w Polsce chyba znane jako Arechin i Paludrine) i generalnie na tym kończyło się moje rozmyślanie nad problemem. Ale dziś podkusiło mnie by zajrzeć na tą białą kartkę ładnie złożoną w pudełku z tabletkami. W sekcji efekty uboczne poza tymi standardowymi wyniszczającymi wątrobę i inne wnętrzności, których i tak nigdy nie widać więc nie ma się co przejmować, to jednak dalej trafiłem na motyw z ewentualną utratą włosów, a na to w moim wieku nie mogę sobie pozwolić. Powęszyłem głębiej i okazało się, że komary a dokładniej wirus przez nie przenoszony, wykminił już ten zestaw tabletek i zmutował na tyle, że lek nie jest już tak skuteczny jak jeszcze kilka lat temu. I branie tego świństwa ma sens już tylko w starym systemie komputerowym NHS. Nie wiem dlaczego jeszcze tego nie zaktualizowali. Proszę, a ja o mało co nie straciłem włosów i to zupełnie na marne. Najlepszy jest malaron, który miałem w Etiopii, ale jest tak drogi, że rujnuje każdy budżet. Rozsądna jest Doxycyklina. Antybiotyk, który przy okazji pomaga na inne zapalenia, ale… uczula na słońce. Indie bez słońca. Żart. Jedno wiem. Lepiej będzie jak po staremu nie będę już czytał żadnych ulotek czy innych instrukcji.
Byle do Indii. Powoli się pakuje.










