Jarek Jarosz -photolife

29/01/2011

Londyn

Filed under: 01.Life — Jarek @ 05:12 pm

i zimne martensy.

28/01/2011

hindusów portret i własny

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 03:50 pm

hindus portret

indie-portrety-2.jpg

INDIE FOTO

indie-portrety-3.jpg

indie-portrety-4.jpg

indie-portrety-5.jpg

indie-portrety-6.jpg

indie-portrety-1.jpg

26/01/2011

fast, or superfast

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 11:35 am

 powrót do bombaju

blog-z-indii-13.jpg

blog-z-indii-14.jpg

25/01/2011

patnem

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 10:09 am

Wczoraj plaża stanęła. Jak długa tak wszyscy stali z ręką przy czole i gapili się na delfiny, które zbliżyły się do brzegu. Stałem i ja. Później wyniosłem się z plaży. Znów zaczyna ścigać mnie czas.

jarosz-1.jpg

23/01/2011

enjoy the silence

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 12:42 pm

Wciąż mieszkam na patnem. Wczoraj spacerując po plaży wpadłem na jakieś spotkanie couchsurferów. Dowidziałem się o słuchawkowej imprezie na samym końcu plaży w palolem. Generalnie po 22:00 na goa powinna panować cisza nocna dlatego ktoś sprytnie wymyślił dyskotekę w słuchawkach (silent party). Mocno nadwyrężyłem swój budżet, ale było warto. Trzech DJ na trzech różnych kanałach waliło techno miazgę w uszy ludzi, którzy wyglądali jak wyciągnięci z simsów. Ja waliłem depeche mode w swoich prywatnych słuchawkach, których wielu przeciwników techno mi zazdrościło. Najfajniejszy jednak efekt był kiedy człowiek ściągnął słuchawki i popatrzył na to trochę z boku. Wygibasy i pojękiwania, szuranie klapkami w kurzu, a w tle słychać cykady i szum morza przerywany krzykami tych, którzy bo butelkach taniego whysky przeszli już na bardziej zaawansowany etap tańca. Myślę, że to całkiem fajny pomysł.

blog-z-indii-1.jpg

blog-z-indii-7.jpg

blog-z-indii-8.jpg

blog-z-indii-12.jpg

22/01/2011

Patnem i Paloland

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 12:28 pm

 Wczoraj byl skuter. Dzis wrocilem do pisania Lilian.

hinduska-kuchnia.jpg

blog-z-indii-17.jpg

blog-z-indii-2.jpg

hinduski-krawiec.jpg

blog-z-indii-16.jpg

20/01/2011

48h masala

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 01:46 pm

Spacer w ciemnościach na lokalny dworzec PKS. Jest wcześnie, jeszcze przed piątą nad ranem. Bezskutecznie próbuje sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz poza Indiami udało mi się tak wcześnie i świeżo wstać. Do dworca nie było daleko. Kiedy kilka dni temu przyjechałem tu do Kumily, zaraz po wyjściu z autobusu dałem złapać się naciągaczowi, który zaproponował mi najbliższy hotel w bardzo przystępnej cenie. Pewnie mogłem się targować. Na miejscu widziałem sporo pustych pokoi, ale było już za późno, a i przy tak niskiej cenie nie bardzo miałem ochotę na kłótnie. Rozklekotane autobusy jeden po drugim znikały w cienkich nitkach jarzeniowych dróg. Żółtawy kulisty półmrok przykrywał asfaltową tafle placu, na którym hałaśliwie budził się kolejny dzień. Hindusi w szalikach zawiniętych wokół głowy w chaotycznym biegu przekrzykiwali dieslowy klekot, a kobiety szczelnie owinięte w sari siedziały na krawężniku i cierpliwie na coś czekały. Nikt oprócz mnie zdaje się nie słyszeć muzułmańskiej modlitwy huczącej z tub umieszczonych na wierzy pobliskiego minaretu. Wszystkie autobusy oznaczone są w lokalnym języku, który na piśmie nie wygląda lepiej od zeszytu czterolatka. Podchodzę do każdego i pytam o ten właściwy. W końcu siedzę. Przy oknie tuż za kierowcą. Zimne, nocne powietrze nie pozwala by powrócił sen. Za oknem z każdym kilometrem, słonce powoli zwija czarną płachtę podpalając palmowo-herbaciane szczyty Kerali. Najpierw na mgliście szaro, by później z minuty na minute dodawać coraz więcej koloru. A kierowca gna z nienormalną prędkością. Tak jakby każdy pojazd miał tylko dwie możliwości ruchu. Maksymalne przyspieszanie, aż do momentu maksymalnego hamowania i od nowa. Gdyby nie było przeszkód rozpędzał by się w nieskończoność. Bez żadnych stanów pośrednich, biegu jałowego, czy innej formy spokojnej jazdy. Jakby na drodze trwała jakaś wojna, wyścig z niewidzialnym czasem. Jedzie i wszyscy na niego trąbią, a on trąbi na wszystkich. Ja w bezmyślnej zadumie starałem się nie zawracać tym głowy.

Po dziesiątej byliśmy już w Kottayam. Kawa w przydworcowej knajpie. Wnętrze nie wygląda najprzyjemniej. Spoceni ludzie, orzygane ściany i tłuste stoły, ale nie wybrzydzam. Nie chce biegać z plecakiem. Zgaduje, że w całej okolicy i tak będzie podobnie. Zostawiam plecak i wchodzę do obskurnej toalety. Oczy zalewają się łzami. Przed chwilą ktoś musiał wylać tu wiadro lizolu. Z zamkniętymi oczyma załatwiam sprawę i wracam do stołu. Kelner namówił mnie na lekkie śniadanie. Metalowy talerz, parata z jakąś warzywną papką. Zjadam i zamawiam jeszcze jedną kawę. Robię zdjęcie w lusterku i wychodzę. Na ulicy stoi riksza. Za 100rp zabiera mnie na przystań, z której odpływa prom do Alappuzh’y. Tu zaczynają się słynne kanały wodne polecane przez wszystkie przewodniki. W pobliskim sklepie kupuje wodę i siadam do pustego, państwowego promu. Obok są jeszcze mniejsze, prywatne i szybsze, ale nie daje się skusić. Mój statek kosztuje 10rp i z pewnością zapewnia o wiele bardzie tubylcze przeżycia niż luksusowa łódź z izolowaną kabiną. Jestem o półgodziny za wcześnie i topie się w słońcu nie chcąc stracić dobrego miejsca. Jest też John Lennon, ale tylko przez chwilę. Umiera razem z resztką baterii w telefonie. Pot zdaje się wylewać z każdego miejsca. Myślę o zmarzniętej europie. O angielskiej wilgoci i śniegu w Polsce. Oddycham głęboko gorącym powietrzem i będąc najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi zatrzymuje czas. Zdejmuje buty. Zawsze uważałem, że nie ma większej wiochy niż facet w sandałach, czy klapkach (poza oczywistymi wyjątkami typu – Jezusowe czasy, syfiasta łazienka na wyjeździe, czy ewentualnie plaża), ale dziś wyjątkowo się poddałem i dołączyłem do klubu mlaskających żółtymi męskimi piętami. Wyjątkowo! Statek powoli wypełnia się ludźmi. Obok siada anglik z żoną psując lokalność i obniżając moje wrodzone, polskie uczucie wyjątkowości. Zadaje mu parę pytań. Zdaje się znać na wszystko odpowiedź. Jest tu pierwszy raz, ale przewodniki i wszelkie wskazówki zna na pamięć. W myśli oddaje mu szacunek. Ja po roku nie pamiętałem co ile kosztuje i ciągle daje się na coś nabrać. Nie wiem czy podobały by mi się takie książkowo opanowane Indie. To tak jak wjechać do tunelu strachu, w którym ktoś zapalił światło. Zupełnie bez sensu. W końcu ktoś odpala potężny silnik i ruszamy. Anglik mówi, że zatrzymamy się na szesnastu przystankach. Nie liczę. Wierze mu na słowo. Na statek zdążyło wsiąść jeszcze kilku białych. Po chwili wszyscy razem biegamy z aparatami i robimy zdjęcia każdej nowej rzeczy. Jakby nikt z nas wcześniej nie widział wody, czy nie płynął łodzią. Hindusi musieli pękać ze śmiechu. Już po godzinie każdy z nas siedział spokojnie na miejscu, lub stał z blado-zieloną twarzą niecierpliwie licząc pozostałe przystanki. Na przedostatnim wpadli naciągacze. Zostawili wizytówki z pokojami i obiecali, że będą czekać na ostatniej przystani. Wybrałem najtańszy. Byłem już tak spocony, że było mi wszystko jedno. Wiem, że powinienem jak twardziel nie poddawać się. Rozłożyć mapę i znaleźć ten sam pokój samemu, ale jakże często okazuje się, że nawet wtedy dasz się zwieść i przepłacisz tracąc przy tym również bezcenny czas i siły. Właściciel mieszkania wyglądał jak diabeł. Miał czarne kędzierzawe włosy i wyłupiaste, podejrzane oczy. Pokój był tani, ale nie miał swojej łazienki. Skorzystałem z tej na korytarzu i pomlaskałem na miasto.

O szesnastej byłem już po objedzie. Cziken masala z ryżem, bananowe lassi, podwójna kawa, która w Indiach jest wyjątkowo słaba. Ni jak ma się do mojej fusiary, za którą teraz bardzo tęsknie. Allaphuza na mapie wygląda jak poszerzona o dodatkowe linie plansza do gry w kółko i krzyżyk. Nie można się zgubić. Od góry i dołu ograniczona kanałem północnym i południowym. Wybrałem metodę na coraz mniejsze kwadraty by skończyć w samym centrum mapy. Po drodze wpadłem na internet wrzucić kilka zdjęć. Zatrzymałem się w sklepie by dowiedzieć się jak zdobyć czerwoną, komunistyczną flagę, na którą poluje od kilku dni. Później zaszedłem pod wskazany adres partyjnego krawca. Opowiedziałem mu historie o dzieciństwie i komunistycznej Polsce. O wzruszeniu, sentymencie i braterstwie. Flagę dostałem wraz z ostrzeżeniem by się z nią zbytnio nie wygłupiać, bo to różnie może być. Zabieram flagę, przyjmuje przestrogę dorzucam kilka rupich i wracam na ulicę. Zaczyna się ściemniać. Rezygnuje z dalszego okrążania miasta i ruszam po przekątnej w kierunku, prawego górnego rogu, gdzie zapamiętałem mój hotel. Sprawdzam godzinę. Jest już po dziesiątej. Właściciela nie ma. W jego kanciapie siedzi młodszy brat cioteczny wujka od ciotki ze strony babci taty kuzyna. Tutaj wszyscy są rodziną. Ma dwadzieścia kilka lat. Zagaduje mnie pokazując karciana sztuczkę. Później ja pokazuje mu wszystkie jakie znam czym szybko zyskuje miano jego nowego mistrza kart i matematyki. Połapałem się, że poziom jego wiedzy z tego przedmiotu kończy się na klawiaturze kalkulatora, który i tak nie służy do operacji matematycznych a wyłącznie do pokazywania uprzednio wklepanej gotowej ceny za pokój. Tak by turysta myślał, że to wynik skomplikowanych równań i podatków rządowych. Na koniec przegrał kolacje, o którą założył się będąc pewnym, że dwoma ruchami zapałek nie usunę śmiecia z łopatki. Znałem to z dzieciństwa, ale udałem, że przyszło mi to z trudem. Z kolacji i tak zrezygnowałem. Kosztowała by go dużo więcej niż pokój, za który przed chwilą zapłaciłem. Szybki prysznic. Wróciłem do pokoju. Drewniane drzwi zamknąłem zasuwą. Sprawdziłem czy niczego nie brakuje. Spakowałem plecak. Łóżko dokładnie owinąłem moskitierą. Spod szczelnej siatki, już ze spokojem oglądałem latająco-pełzający zwierzyniec zwabiony słabym światłem pokojowej żarówki. Po raz kolejny obejrzałem Milion Dolar Hotel i zasnąłem. Rano umyłem zęby w butelce wody. Wciąż boje się tej z kranu. Poklepałem się po kieszeniach i sprawdziłem listę ważnych rzeczy. Miałem trochę czasu na normalne śniadanie. Dwa tosty, pomidor, jajko, kawa dwa razy. Do dworca nie było daleko. Znów biegałem jak pies od autobusu do autobusu zgadując, który mój. I wszystko jakby od nowa. Miejsce przy oknie za kierowcą. Tym razem autostrada do Kochi. Poszło szybko. Na dworcu kolejna kawa. Zakupy. Sprite, woda, orzeszki. W informacji dowiaduje się co i jak. Bilet kupiłem w ostatnim momencie – jakiś tydzień temu. Na peronie jestem przed czasem i oglądam rzeczy, które hindusi mają zamiar upchnąć w moim pociągu. Sięgam pamięcią do podróżniczej biografii Tuwima. Pociąg nadjechał planowo. Mam rezerwację, więc się nie pcham. Spokojnie zajmuje miejsce. W kilka minut hindusi organizują prześcieradło. Rozkładają na kolanach i w ośmiu gramy w karty. Uczę ich makao. Łapią w mig. Po dziesiątym razie uciekam na korytarz i siadam w drzwiach pędzącego ekspresu. Nie wiem, która godzina. Nie chce wiedzieć. Słońce i wiatr. Indie. Postanawiam zostać tu na zawsze. Zmieniam zdanie na pierwszym dworcu. Wygląda na to, że tu od lat ulubionym czasem na toaletę jest nie bieg, a postój pociągu. Smród, którego nie można znieść. Wracam na miejsce i wspinam się na górne łóżko. Ktoś przynosi kawę. Zycie jest piękne. Leże pod wentylatorem i próbuje zasnąć, ale sen przerywają kolejni krzykliwi sprzedawcy czaju, kawy i birjani. Siedzę zgarbiony pod sufitem i pije kolejną lurę. Zahaczam czołem o metalową obudowę jarzeniówki gasząc światło. Oczy karciarzy szukają winnego. Uderzam pięścią w blachę. Światło wraca wraz z zadowoleniem współpasażerów. O trzeciej nad ranem dojechałem do Margao. Stare dobre Margao. Taksiarza pytam ile do dworca PKS. 150rp. Kradzież. Nie chce się zgodzić. Pyta gdzie chce jechać. Najbliżej morza jest Colva, na której spędziłem ostatnie dni w 2007. Mówi, że zawiezie za 200rp. To też kradzież bo autobus kosztuje 10, ale zmęczenie daje za wygraną. Jadę nad morze. Na miejscu jestem jeszcze przed czwartą. Odnajduje stary hotel. Wdepnąłem na przykrytego szmatami śpiącego na ziemi recepcjonistę. Szybko wstaje i mówi, że do dziewiątej nie ma miejsc. Odchodzę. Miasteczko śpi. Idę w stronę morza. Na plaży rozkładam chustę i próbuje zasnąć z głową na plecaku. Zimno. Wbijam się w śpiwór i liczę gwiazdy. Czuję się nieswojo. Kraby dużo większe niż te z Gokarny, oglądają mnie podejrzliwie. Zastanawiam się czy czasem na jakimś nie leże. Butem odstraszam psa, który przyszedł mnie obwąchać. Nie mogę zasnąć. Czekam na wschód słońca. Na horyzoncie migają światła rybackich kutrów. Księżyc w pełni spada coraz niżej. W końcu czerwienieje i znika. Zimno. Zamykam oczy, ale nie śpię. Mija czas. Co chwilę sprawdzam niebo, czy robi się niebieskie. Przechodzi kobieta. Dopada mnie bezdomność, ale stawiam temu czoła. Wstaje dzień. Angielscy turyści w białych skarpetkach i sportowych ciuchach wbiegają na plaże. Pierwsi odważni wskakują do wody. Zwijam śpiwór i wracam pod hotel. Doprowadzam się do porządku zamawiam śniadanie. Oglądam Colve. Strasznie się zmieniło. Na plaży dziesiątki nowych knajp i barów. Setki turystów, wysokie ceny. Przypominam sobie rudą, która tak pięknie pisała o Patnem. Nie powinno być daleko. Zwijam zwłoki i ładuje się w autobus. Jest przed dziewiątą. W Margao jestem w półgodziny. Kupuje wodę. Zmieniam autobus na kwadratowy, jadący do Palolem. Jestem sam, ale z przystanku na przystanek przybywa ludzi. Konduktor zabiera mi plecak, który zabiera innym miejsce. W tłumie szybko tracę go z wzroku. Na szybie wielki napis JESUS, obok kobieta przekłada różaniec. Słońce mnie usypia. Jest duszno i parno. Myślę o gnijącym Londynie. Autobus jak na złość zatrzymuje się przy każdym drzewie zabierając coraz więcej ludzi. Nawet nie mam jak ustąpić miejsca. Po drugiej stronie więcej luzu. Miejsca tylko dla kobiet. Tu nie ma równości. Kobiety mają swoje przywileje. Pewnie niebawem się to zmieni. Przyjdą feministki a później jak w europie faceci zniewieścieją i zajmą się robieniem czegoś na drutach. Zza okna zawiewa rybimi odpadkami. Miała być godzina, a po dwóch jedziemy wciąż pod górę. Morze nie może być na górze. Zaczynam ich wyzywać pod nosem. Zasypiam na poręczy. W końcu słyszę magiczne Patnem. Dostaje plecak. Sądząc po wadze, wszystko jest na miejscu. Na przystanku pytam ile do plaży. Jest za rogiem. Na plaży wynajmuje chatkę. Zgadzam się na 300rp. Mam wentylator i własną toaletę od łóżka odgrodzoną małym murkiem. Plaża, palmy ciepłe morze. Zasypiam. Zostaje tu.

19/01/2011

przerwa

Filed under: 01.Life — Jarek @ 03:10 pm

techniczna. Było spore tempo. Trzeba ochłonąć.

india-bar.jpg

17/01/2011

przydrozny festiwal

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 12:14 pm

ceremonia-indie.jpg

chory.jpg

indie-modlitwa.jpg

thissur-pooram-festival.jpg

16/01/2011

in die

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 01:39 pm

Wczoraj dobitnie uswiadomilem sobie to, iż lokalni kierowcy z tym samym luzem prócz samej kierownicy, trzymają w swych rękach również i moje życie. I to w sposób tak dosłowny, że siedząc na przednich fotelach, bardzo szybko przypomnialem sobie o własnej religijności, która w europejskich klimatach często schodzi gdzieś na dalszy plan. Czasem człowiek ma ochotę wstać, chwycić za tą sprano-brązową koszule, zrzucić z fotela takiego wąsatego półboga szosy i samemu pokazać jak powinna wyglądać normalna jazda. Trzymając się jednej, wcześniej ustalonej strony drogi, używając kierunkowskazów, czy nie wyprzedzając na trzeciego pod górę na zakręcie, gdy z przeciwnej strony pędzi rozpędzona ciężarówka jak balon wyładowana drewnem. Cóż, jednak po analizie każdego cudownego ocalenia, które zdarza się średnio co kilka minut, zdajesz sobie sprawę, że tu zwyczajnie trzeba wyłączyć zmysły i poddać się losowi, bo samemu nie przetrwało by się pierwszej prostej. Najlepiej gdyby w Indiach zamiast dróg zrobili coś na wzór torów saneczkowych. Choć wśród tych miłośników wyprzedzania, pewnie i na to znalazł by się jakiś sprytny sposób. Ale nie ma co narzekać. Przecież właśnie po to przyjeżdża się w takie miejsca. Do krajów, które dają możliwość wypięcia się z matriksa. Pozwalają na to by w tej samej chwili je kochać i nienawidzić. Wtedy, gdy czujesz smród ulicy wymieszany z nieznaną wcześniej swiezoscia. Za pięknych duchem ludzi, którzy z uśmiechem zrobią z ciebie capa sprzedając chustę, która sklep obok jest za 1/16 tego co właśnie wydałeś. Za cudowne słońce, od którego spływasz lepkim potem. I za czas, który zwalnia, wręcz zatrzymuje się gdy tkwisz piętnaście godzin na skajowym siedzeniu pociągu, gdzieś w szczerym palmowym polu. Za to, że nie musisz mieć kluczy od mieszkania, a potem łazisz z wielką torbą w której trzymasz wszystkie wartościowe rzeczy bojąc się zostawić je w hotelowym pokoju. W autobusie siedziałem upchnięty obok hindusa, który codziennie od kilku lat przemierza tą trasę w drodze do pracy. Na wszelkie moje skargi i wnioski po kolejnym życiobiorczym manewrze wyklinanego przeze mnie kierowcy z uśmiechem odpowiadał: ju si, no problem, ekspirjens drajwer. Chwilę później, jakby na otrzeźwienie dostałem w gębę gałęzią z przydrożnego drzewa. Można się było spodziewać, przecież tyle razy się cieszyłem, że w oknach nie ma szyb. W końcu przestałem się wychylać i z nudów zgodziłem się na pokaz serii zdjęć żony, dziecka i kilku bollywoodzkich dziewczyn prezentowanych na ekranie telefonu współpasażera. Kumily to straszna dziura. Nawiedzona teraz przez setki pielgrzymów, którzy zjechali się na jakieś lokalne uroczystości. W związku z wypadkiem, jest tu również specjalny oddział policji i karetki ściągnięte z całej okolicy. Wczoraj nad miastem latał telewizyjny helikopter, wywołując sensacje podobną do tej, którą pamiętam, gdy w 86 nad Oświęcimiem latały Rosyjskie MIGi po wybuchu w Czarnobylu. Kerala jeszcze mnie nie przekonała. Wole spocone, wielkie miasta niż górzyste widoczki i naciągane turystyczne wyprawy dżipem w głąb „dziczy”. I pogoda już nie ta sama. Padało przez całą noc. W dzień nie bardzo wiadomo czego się spodziewać. Raz słońce wypala ci mózg, byś po chwili dygotał z zimna rozpędzając kijem przelatującą nisko chmurę. Przez większość część dnia niebo przykryte szarą blachą , którą jakże dobrze znam z Londynu. Robię pranie u lokalnej babci z żelazkiem na dusze i jutro znikam w stronę Kottayam. Powoli trzeba się brać na północ.

indie-jarosz-2.jpg

indie-jarosz-1.jpg

indie-jarosz-3.jpg

indie-jarosz-4.jpg

indie-jarosz-5.jpg

indie-jarosz-6.jpg

indie-jarosz-7.jpg

indie-jarosz-8.jpg

Indie sprzedawca

15/01/2011

kumily

Filed under: 01.Life — Jarek @ 07:27 am

W zasadzie ciągle w ruchu. Wczoraj po dojechaniu do Kochi, chwila przerwy i kolejne 7 godzin autobusem typu ogórek. Z lokalesami i trzema szwedkami dojechaliśmy krętymi, górskimi drogami do Kumily. W tym samym czasie niedaleko wypadek, o ktorym tu teraz kazdy mowi. Zginelo ponad 100 osob. Mialem zamiar pokręcić sie po okolicy, ale w związku z żałoba wszystko tymczasowo zostalo zamknięte i odwołane.

Tu nieco wiecej informacji

14/01/2011

Kannur

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 10:19 am

W drodze do Kochi. Niemaczasunapisanie.

bollywood-plakat.jpg

plakat-bollywood.jpg

chinduski-chlopak.jpg

13/01/2011

Kannur

Filed under: 01.Life — Jarek @ 07:32 pm

W Kerali rządzą komuniści. Fajnie powspominać.

scena-z-bollywood.jpg

czegewara.jpg

hinduskie-chlopaki.jpg

komuna-w-indiach.jpg

12/01/2011

Kerala

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 04:00 pm

Dojechałem. Nie do końca wiem gdzie, bo zrobiło się ciemno. Zobaczy się jak się przejaśni.

western-style.jpg

hinduska-w-pociagu.jpg

10/01/2011

Gokarna

Filed under: 11.India 2011 — Jarek @ 04:28 pm

Z dala od cywilizacji. Jest tu nas niewielu. Kilku bakpakerów z rosji, francuz, niemiec paru włochów. Mają tu świra na punkcie jogi i jointów. Niektórzy żyją tak od miesięcy. Jest sennie i leniwie. Upał straszny. Trudno uwierzyć, że to styczeń. Na plaży oglądam walki krabów. Rosjanki zdjęły biustonosze. Zrobiła się afera.

Zbieram się do kupy.

09/01/2011

takietam

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 07:42 am

Wstaje z ptakami, spie z pajakami, chodze z krowami i nie robię nic.

zdjecia-india-1-1.jpg

zdjecia-india-1-2.jpg

zdjecia-india-1-3.jpg

zdjecia-india-1-4.jpg

zdjecia-india-1-5.jpg

zdjecia-india-1-7.jpg

zdjecia-india-1-6.jpg

08/01/2011

pociągi w mumbai

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 07:13 pm

 (sprzed kilku dni)

Od rana kilkakrotnie pakowałem plecak nadając wnętrznościom odpowiednie priorytety. Starałem się dokładnie zapamiętać miejsce każdej rzeczy. Od tych najmniej potrzebnych przygniecionych tymi, które mogą się przydać, po te po które z pewnością niebawem będę sięgał. W kieszeniach na bokach sprawy chemiczne, osobna torebka na ważne rzeczy, paszport i inne dokumenty. Pieniądze w portfelu w zamkniętej kieszeni spodni. Z rozsądku miałem podzielić na dwie kupki, ale nie znalazłem lepszego miejsca, więc zostały razem. W kierunku dworca wyszedłem późnym popołudniem. Słońce duszone smogiem przebijało się jeszcze przez czerwony kurz zamiatanej ulicy. Zdawałem sobie sprawę z tego, że pociągi na stacjach w Bombaju nie mają zwyczaju czekać na pasażerów. Nie robiłem sobie z tego większego problemu a nawet całe to wskakiwanie było mocno rozrywkowe. Było tak dopóki nie przyszło mi się z tym zmierzyć w pełnym rynsztunku. Dworcowy zegar zbliżał się do siedemnastej. Obładowany jak młody harcerz przed biwakiem, stałem na stacji i oglądałem przyczajonych rywali zajmujących powoli pozycje przy krawędzi peronu. Trudno powiedzieć ilu nas tam było. Dużo, bardzo dużo nawet jak na Indie. W duchu liczyłem na lekkie fory. Chociażby ze względu na mój imponujący bagaż, czy w ostateczności miałem nadzieje, że przy tej całej walce o miejsce weźmie ktoś pod uwagę mą wrodzoną niewinność na twarzy i pomoże w walce z żywiołem. Pociąg spóźniał się dobre piętnaście minut, a na peronie przybywało coraz więcej chętnych do wbicia się do i tak z pewnością przepełnionego pociągu. Peron był bardzo długi. Pośrodku betonowej platformy ciągnęły się straganiki z różnościami. Co kawałek rozstawieni na ziemi pucybuci, uderzali o podłogę drewnianą częścią szczotki i klekocząc jak bociany nawoływali potencjalnych klientów. Oczywiście im głośnie tym lepiej. Ten najbliżej mnie miał przerwę. Podglądałem jak zajadał się orzeszkami, które przed momentem wysypał na czarną od pasty dłoń. Ja też tym razem postanowiłem zbytnio nie przesadzać i coraz odważniej sięgam w głąb lokalnej kuchni. I muszę się pochwalić, że jak dotychczas dosłownie wszystko trzyma się kupy.

W oddali na końcu peronu w końcu jakieś poruszenie. Ludzie ze środkowej części ruszyli w kierunku brzegu i po chwili meksykańską falą, wiadomość o nadjeżdżającym pociągu dotarła i do mnie. Doświadczenie podpowiadało bym oddalił się od kobiet. One mają osobne wagony i dobrze wiedzą gdzie się zatrzymują. Nie chcąc być na spalonym ruszyłem w kierunku zadbanych businessmanów. Pomyślałem że ci nie powinni zabijać się przy wskakiwaniu i rozumieć sytuacje zagubionego turysty jakim zacząłem celowo się teraz jawić. Pociąg krótkim, choć stanowczym sygnałem rozpoczął spektakl. Za wciąż pędzącą lokomotywą w miejscach gdzie powinny być drzwi, murem wisieli goście przygotowani do skoku. Ci sprawniejsi sfruwali na platformę kończąc wyczyn zgrabnym biegowym telemarkiem, zgodnym z kierunkiem ruchu pociągu. Na ich miejsce automatycznie wskakiwali biegnący w kierunku przeciwnym atakujący z peronu, . Tam gdzie stałem zrobiło się nieco luźniej. Pociąg zatrzymał się. Biznesmeni i ja ze spokojem ruszyliśmy w lukę, gdy nagle ktoś krzyknął – first class. Bilet miałem na drugą klasę, więc bez zastanowienia, pędem ruszyłem za tymi, którzy wcześniej mi uciekli. Pociąg wypchany jak zadbana świnia i ewentualna wizja spóźnienia się na goa’ński autobus, za który zapłaciłem z góry, (a następny dopiero jutro) wyzwoliła we mnie trochę potrzebnej adrenaliny. Odbiłem się od platformy i niczym stary dobry rockmen rzucający się w publiczność, skoczyłem wbijając się w stłoczonych hindusów. Wreszcie poczułem ulgę. Z trudem zdjąłem plecak wprost na głowę leżącego staruszka. Czując na sobie podejrzane wzroki,  zacząłem nerwowy rytuał klepania się cyklicznie po kieszeniach. Raz jedna, chwilę później druga. Portfel?…..Jest. Telefon?….Czuje……I tak wkoło. Stanąłem okrakiem na plecaku i jak na dobrym koncercie, odbijając się od spoconych ciał podróżników, dotarłem w końcu do stacji Victoria Terminus.

07/01/2011

Filed under: 01.Life — Jarek @ 05:17 pm

100 godzin w autobusie, ktory na zakrętach stawal na dwoch kolkach, az mi kolana obdarło od hamowania o tapicerkę fotela, ktory byl przede mną. Przejechałem dalej niz goa i mieszkam w hatce na plazy za 10zl/nocleg, gdzies tuataj.

06/01/2011

bilet na goa

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 08:50 am

Tęskniłem za tym wszystkim. Choć sam nie wiem za czym najbardziej. Czy za pewną i niezmienną pogodą, czy to za ciepłym wiatrem na pędzącej motorikszy, czy może za pociągiem z wagonami, z których ktoś wymontował niepotrzebne drzwi. W tym mieście pociągi od dawna nie muszą już zatrzymywać się na stacjach, a tylko delikatnie przystawać umożliwiając płynną wymianę spoconych ciał, które nieustannie  gdzieś podążają. Wczoraj łaziłem trochę po mieście. Z sentymentem odwiedzałem stare miejsca. Cztery lata temu nie sądziłem, że jeszcze kiedyś tu wrócę. To miejsce było dla mnie jakimś końcem świata, ale i jak się później okazało jednocześnie początkiem. Teraz jest trochę inaczej. Już tak nie przeraża, nie pochłania bez reszty, choć dalej fascynuje. Wszystko jakby trochę znormalniało. Obrazy są znajome. Już nie pstrykam wszystkiego wokoło metodą japońskiego turysty. Obiektyw zwisa opuszczony w kierunku ziemi niczym karabin znudzonego snajpera. Instynktownie chciałbym znaleźć się głębiej. Odkryć coś pod powierzchnią tego co pozorne, oczywiste i widoczne na ulicy. Ale i niczego w sumie nie planowałem, niczego nie chce od siebie wymagać. Daję się porywać przez chaos i bezład. Niczego nie muszę a wszystko mogę. Jestem tu by się naprawić, poukładać odnowa kawałki mojej codzienności. Zwyczajnie sprawdzić to, czy jeszcze żyje.

Kupiłem bilet na Goa. Wieczorem pojadę tym samym zwariowanym autobusem o którym pisałem tu, choć tym razem nie zdecydowałem się na miejsce leżące. Dziękuje posiedzę. Rada dla wszystkich, którzy chcieliby wybrać pociąg. Rezerwacji trzeba dokonywać dobry tydzień przed wyjazdem. Bo tak jak w 2007 tak i teraz w kolejowym okienku  (foreign tourists) na Victoria Terminus odprawiono mnie z tym samym kwitkiem.

Odezwę się w miarę możliwości.

05/01/2011

troche

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 03:28 pm

zdjęć. Wolno idzie.

zdjecia-india-8.jpg

zdjecia-india-2.jpg

zdjecia-india-15.jpg

zdjecia-india-16.jpg

Jarek Jarosz

zdjecia-india-3.jpg

zdjecia-india-13.jpg

zdjecia-india-14.jpg

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 06:26 am

Już w pierwszym momencie po wyjściu z samolotu, hinduskie wersje obrazów picassa zawieszone na korytarzu lotniska w Mumbai, wprowadziły mnie w dobry nastrój zapowiadając klimat tego wszystkiego czego można spodziewać się dalej. Przez szyby lał się styczniowy upał a ja powoli, rozkoszując się kolejką oglądałem wielkie, czarne modniaste wąsy oficerów i czekałem na swoją kolej do formalnej odprawy imigracyjnej. Zanim wyszedłem na zewnątrz odebrałem bagaż i wymieniłem trochę pieniędzy, bo tutaj gdy już raz wyjdziesz z lotniska, to zupełnie jak w Misiu bez ważnego biletu nie wrócisz. Na zewnątrz miła zmiana. Komuś zrobiło się żal turystów napadanych przez taksiarzy i postawił barierki, które odgradzają przyjezdnych od lokalnych. Dzięki temu zabiegowi, człowiek ma trochę czasu by zebrać myśli i zastanowić się nad dalszym planem, który jak w moim przypadku jest wymyślany całkiem na bieżąco. Oprócz barierek postarano się o nowy punkt - zwany “prepaid taxi”, gdzie w cywilizowany sposób można ustalić cenę państwową, czyli taką na licznik a nie na gębę i później bez niespodzianek dojechać do celu. Najczęściej jest to Colaba, skąd wszędzie jest blisko i można spokojnie znaleźć jakiś tani hotel. Ja pojechałem w północną część Bombaju, przy stacji santa cruz, gdzie wbiłem się na chatę kumpla z którym studiowałem w Londynie. Mieszkanko całkiem przyjemne, ale małe i mam wrażenie, że prze zemnie ktoś z rodziny stracił własne łóżko. Dlatego już od dziś zaczynam kombinować ucieczkę na południe. W stronę starego dobrego, błogosławionego słońcem i rajskimi plażami stanu goa. Wieczorem organizują tu dla mnie jakąś imprezę. Zobaczymy.

joł

04/01/2011

mumbai

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 11:33 am

Jestem. Muszę się przespać.

boy with kite

03/01/2011

baza na heathrow

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 09:13 pm

Terminal 5 i jego zamkniety mikroklimat. W oczekiwaniu na teleportacje pije kawe i zabijam czas ogladajac ludzi. Do bombaju jakies 9 godzin.

02/01/2011

jutro

Filed under: 11.India 2011, 01.Life — Jarek @ 06:55 pm

spadówka. Dziś jeszcze raz przeglądam zawartość plecaka bo wyszło coś za dużo. Z mini musi zrobić się mikro. W końcu później trzeba to nosić. Z dobrych wieści - znalazłem dodatkowe resztki malaronu z etiopii. Ważność do 2013 więc jeszcze się przyda. Jak braknie to na miejscu powinni mieć doxycykline. Prócz apteczki, toalety i paru ciuchów, do canona zabieram 16-35 i 50mm i lampę. Osobno zoom H4n do dźwięku + 4 paluszki i ładowarki.

PS:

Jako, że kombinacji Chloroquine i Proguanil/Arechin i Paludrine   nie biorę (kupiłem za  jakieś £15) oddam całą nową paczkę (komuś z końską grzywą) całkowicie za darmo.

mail@jarekjarosz.com

01/01/2011

hey jude

Filed under: 01.Life — Jarek @ 04:30 pm

nowy

Filed under: 01.Life — Jarek @ 04:03 am

 sylwester-2.jpg

sylwester-1.jpg

sylwester-3.jpg

sylwester-4.jpg

sylwester-9.jpg

sylwester-5.jpg

sylwester-6.jpg

sylwester-8.jpg

sylwester-11.jpg

sylwester-13.jpg

sylwester-16.jpg

sylwester-15.jpg

sylwester-17.jpg

sylwester-18.jpg

sylwester-7.jpg

sylwester-10.jpg

sylwester-122.jpg

Powered by WordPress