
W Cluj-napoca nie zagrzaliśmy długo. Mimo, ze miasto ma fajny komunistyczny klimat i tak nie mogę się odnaleźć. Duszno ciasno, ludzie zarozumiali. Nim wyruszyliśmy dalej spotkaliśmy się z Alize - znajoma z netu, która opowiedziała nam co nieco o komplikacjach rumuńsko - węgierskich. Była to już trzecia spotkana przez nas osoba w tej części Rumunii, która uznaje się bardziej za obywatela Węgier mimo Rumuńskiego paszportu. Pub, do którego nas zabrała to miejsce tylko dla osób mówiących w języku węgierskim. Wygląda to jak państwo w państwie. Jak powiedziała - Węgrzy to 20% populacji tego regionu, gdyż przez wieki tereny te należały do Węgier i osoby mówiące w tym języku z trudem przyznają się do paszportu Rumuńskiego. Kulminacją tych problemów narodowościowych, były krwawe rozróby w 1990r, kiedy to studenci Węgierscy zaczęli domagać się swych praw w mieście Targa Mures, które Ceausescu na siłę próbował “urumunić” pozwalając się osiedlać tam tylko i wyłącznie rodowitym Rumunom. Później w drodze na południe, przejeżdżaliśmy przez ta miejscowość, jednakże nie zatrzymaliśmy się tam nawet na moment, ze względu na parszywa urodę, przy której nasze Katowice wypadają znacznie lepiej. Fabryka przy fabryce, komin na kominie, beton wylewa się na ulice,…. lecz przecież nie to miało być ciekawe w Rumuni.. Najciekawsze w tym kraju jest to co dzieje się poza miastem, poza główna ulica. Wieś rumuńska to perła europy, rezerwat kultury naszego regionu, to radość i przygoda, piękno i wszystko czego szukałem. Domek przy domku wyrasta wzdłuż ulic krajowych, tworząc wyjątkowy klimat każdej z wiosek. Bardzo specyficznym elementem takiej wioski są malutkie ławeczki stawiane przed furtka do każdego z domostw. Na nich w licznych stadach przesiadują głownie starsze kobiety z reguły zawinięte w jakaś chustę. Im kobieta starsza, tym kolory ciemniejsze, aż do czarnego włącznie. Siedzą wygrzewając się w słońcu, którego nigdy tu nie brakuje. Opowiadają historie o tym jak to kiedyś było. Mężczyźni w tym czasie spotykają się przy piwie w karczmie, kulturalnym centrum każdej wioski. Debatują o ważnych sprawach, takich o których kobiety nie maja pojęcia. Grupy te pozują chętnie i z uśmiechem, choć faceci często zaczynają od groźnych zachowań, które nie rzadko przerażały. Dopiero, gdy zrezygnowany wracałem do samochodu a chłopi poczuli swą przewagę nad wystraszonym turysta, wówczas z uśmiechem i kielichem w górze pozwolili bym wrócił i robił swoje.

Rada na Rumunie - zjechać na wiosce w boczna uliczkę i dalej w boczniejszą, ale taką by można było zawrócić na raz, w razie nietypowych zachowań tubylców. Czasem faceci zachowują się tu dość intuicyjnie - najpierw chcą bić, potem pytają, ale jak poznają, że swój to wówczas już tylko serce na stół. Południe Rumuni, to część oryginalnie rumuńska, wioski maja inny klimat. To właśnie tam spotkaliśmy pewnego chłopaka, który zaprosił nas do domu na kolacje i pokazał nam jak żyje się na Rumuńskiej wsi. Chłopak na rowerze marki “ukrainia” ze zdezelowanym tylnym kołem, prowadził dumnie naszą toyotę przez cala wieś, która w tym czasie zamarła na kilka minut. Ludzie przy plotach, bez słowa odprowadzali nas wzrokiem, aż zniknęliśmy w uliczce. Kobieta przywitała nas z wielka radością wykrzykując pod niebiosa w romskim języku. Chłopak, mimo młodego wieku mówił dobrze po angielsku, siostra od lat przebywa w Kalifornii a Ameryka to jego sen. Ojciec rodziny nie przyszedł do nas na kolacje. Wyglądał na wyraźnie niezadowolonego. Wydaje mi się, że rozumiałem dlaczego. Późnym wieczorem wrócił z pola, zmęczony, wraz z dwoma starszymi braćmi naszego towarzysza. Ci z ogniem w oczach, na widok turystów z Anglii zostawili ojca i jego piękny ciągnik. Wlepili oczy w migający GPS, zasłuchani w opowieści o podróżach i dalekich krajach zapomnieli o marzeniach ojca. Chłopak raz po raz powtarzał, iż nienawidzi Rumuni, tej wsi, że chce za siostra wyjechać do USA. Skąd to znamy…
Teraz jesteśmy w Sofii - gdzie internetu szukaliśmy 2,5 godziny Nie ma! Tragedia. Tłumacza, że każdy ma w domu i nie potrzebne są kafejki. Nie chce mi się wierzyć. Na szczęście ktoś nas wypatrzył i zaprowadził nas do chyba jedynej kafei w stolicy Bułgarii.



