Jarek Jarosz -photolife

20/06/2007

Zdjęcia z Indii część 2

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 09:15 pm

 reszta na jarekjarosz.com

crw_7716.jpg

crw_7594.jpg


crw_7602.jpg


crw_7638.jpg

crw_7793.jpg

crw_7635.jpg


crw_7637.jpg


crw_7705.jpg


crw_7711.jpg

 

crw_7740.jpg

crw_7764.jpg

 

crw_7768.jpg

 

crw_7970.jpg

 

crw_7975.jpg

 

img_7987.jpg

crw_8294.jpg

 

crw_8553.jpg

 

19/06/2007

Zdjęcia z Indii część 1

Filed under: 01.Life, 02.India 2007 — Jarek @ 05:23 pm

Skończyłem selekcje fotek z Indii. Cześć z nich pojawi się poniżej i powyżej a reszta na jarekjarosz.com

mumbai_d.jpg


crw_7573.jpg


crw_7578.jpg


crw_7604-edit.jpg


crw_7644.jpg


crw_7653.jpg


crw_7654.jpg

crw_7674.jpg


crw_7662.jpg
crw_7824.jpg


crw_7837.jpg


crw_7833.jpg

crw_7872.jpg

crw_7885.jpg


crw_7901.jpg,


crw_7971.jpg


crw_7972.jpg


crw_7757.jpg


crw_7733.jpg


crw_7732.jpg


crw_7818.jpg


crw_7911.jpg

crw_7990.jpg


crw_8083.jpg
crw_8073.jpg


crw_8072.jpg

crw_8174.jpg

crw_8186.jpg

crw_8200.jpg


crw_8205.jpg

crw_8218.jpg


crw_8222.jpg

crw_8216.jpg

crw_8311.jpg

crw_8318.jpg


img_7619.jpg

sprawiedliwy cennik za wstęp do muzeum.

30/04/2007

India- Dodatek filmowy

Filed under: 01.Life, 02.India 2007 — Jarek @ 11:58 pm

 movie_0001.wmv

07/03/2007

Pozegnanie z Azja

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 10:15 am

7.jpg

6.jpg

mumbai1.jpg

3.jpg

dzieci.jpg

2.jpg

1.jpg

Czas nieubłaganie biegnie do przodu. Przed nami ostatnie godziny azjatyckiej przygody. Przemierzamy Bombaj w poszukiwaniu ostatnich wrażeń. Wizyta na Grant Road zakończyła się połowicznym sukcesem. Widać nie jestem tu pionierem wynalazczości. Udało mi się jednak zrobić kilka zdjęć, z których większość niestety rozmazana.

Mam nieodparte wrażenie, iż to miasto zatrzymało się w rozwoju w czasach, gdy Anglicy opuścili swą kolonie. Autobusy i samochody generalnie z lat 60tych. Budownictwo również nie odświeżane od dziesięcioleci. Są oczywiście wyjątki. Nielicznym udało się coś zrobić, gdzieś poza granicami Hindustanu by powrócić i wprowadzić na rynek kilka mercedesów czy Porsche. Firma TATA monopolizuje ten kraj przejmując wszystko, począwszy od przemysłu samochodowego po telewizje satelitarna TATA-SKY. To dla nielicznych powstają tu centra handlowe z zachodnia modą, czy ekskluzywne restauracje. Przy każdym lepszym obiekcie (nawet bankomacie) zawsze stoi ochroniarz otwierając drzwi dla wybranych.

Jutro wylot z międzynarodowego lotniska Mumbai. Po powrocie pozostanie uzupełnienie naszego reportażu o wspomniane wcześniej zdjęcia i czas na przygotowania do następnej wyprawy.

06/03/2007

Stare Smieci

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 11:17 am

crw_8311.jpg

crw_8438.jpg

crw_8443.jpg

crw_8446.jpg

crw_8455.jpg

crw_8460.jpg

crw_8309.jpg

Pociąg punktualnie o 6 rano zajechał na stacje Mumbai Central. Tak wczesna godzina pozwoliła nam zobaczyć jak wielki moloch, budzi się do życia. Dystans, jakiego nabraliśmy poprzez ostatnie dni spędzone w zupełnie innym świecie jakim jest Goa, pozwala patrzeć na to wielkie miasto z zupełnie innej perspektywy. Ciekawość i zauroczenie egzotyka z pierwszych dni po przylocie do Mumbai, zamieniło się teraz w niechęć i zażenowanie. To miasto jest niewyobrażalnie przeludnione, brudne i zniszczone. Ludzie o poranku wyglądają jak zwierzęta. Mijamy ciała śpiących ludzi leżące na ulicach. Niektórzy nieopodal załatwiają poranna toaletę by na koniec rozłożyć tam uliczne kramiki z jedzeniem. Wszystkie możliwe zakamarki są zaplute i wypełnione resztkami jedzenia, którym żywią się psy, krowy szczury i wszelkiego rodzaju robactwo. Wiem, ze ci ludzie nie maja większego wyboru, ale nie wiem jak oni tu mogą przetrwać. Skoro i tak leżą, umierając z głodu na ulicach, wolałbym leżeć pod palmami gdzieś w głębi kraju a nie na tym wysypisku śmieci. Przeglądając lokalny Time Out przeczytałem, ze przybywa tu codziennie minimum 200 samochodów (trochę mniej niż polaków do Londynu). Nie wyobrażam sobie tego miejsca za kilka lat. Już teraz smog nie pozwala oglądać czystego nieba. Myślę, ze gdyby teraz zniknęli stad wszyscy mieszkańcy to posprzątanie tego miejsca zajęłoby kilka dobrych lat. Obecnie sprzątanie wygląda na podmiataniu śmieci z jednego miejsca w inne by później wiatr rozwiał to po całej okolicy.

Chodziliśmy tak przez kilka godzin szukając normalnego hotelu by spędzić te ostatnie chwile w miarę przyzwoicie ;). Mamy wielki pokój z balkonem z widokiem na jedna z zatłoczonych ulic.

Przejazd pociągiem, podobnie jak wcześniejszy autobusem, będę wspominał z uśmiechem. Dostaliśmy miejsce w wagonie przypominającym te z poprzednich, lokalnych pociągów. Czyli metalowy sześcian na kolkach bez koszy na śmieci tyle, ze nazywa się - sypialny. W oknach, jak zwykle metalowe pręty, choć tym razem można było wysunąć szybę. Wszystkie siedziska rozkładały się w taki sposób, ze na jednej ścianie powstawały po trzy prycze. Kilka centymetrów od głowy na górnym poziomie wiruje metalowy wentylator nie pozwalając na spokojny sen. Hindusi siedzący poniżej nas do późnej nocy rozgrywali partyjkę tysiąca, wykrzykując przy tym ile sil. Dodatkowo z częstotliwością około jednej minuty, korytarzem pomyka pociągowy sprzedawca, oferując tubylcze smakołyki, które dla nas kojarzą się tylko z “węglem leczniczym”. W końcu zmęczenie dopada wszystkich. Tylko Szymon, który mając kłopoty ze snem w ekstremalnych warunkach, zagrywa się do rana w klocki wbudowane w jego telefon.

Kontrast olbrzymi. piękno pozamiejskich okolic i syf wielkich miast. Radość życia na prowincji z ekstremalna biedota i żebractwem zatłoczonych ulic.

Można zwariować ;). Przygody gwarantowane.

05/03/2007

W drodze do Mumbai

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 09:23 am

Jesteśmy już na dworcu w Margao skąd wieczorem rusza nasz pociąg. Lekki żal pojawił się w mym sercu patrząc na rozbijające się fale o złocisty brzeg, podczas naszego ostatniego śniadania na plaży. Dociera do mnie, że rozpoczął się już ostatni tydzień wspanialej przygody i pogody. Zdążyłem już zapomnieć o tym co to zimno, deszcz i złe humory. Przywykłem już do otaczającego nas świata. Już nawet to trąbienie jakoś przycichło. Po powrocie do domu raczej przez jakiś czas nie wsiądę do samochodu z obawy przed niebezpieczeństwem jakie mogę stworzyć w związku z doznaniami jakich tu doświadczyłem. Do wielu dziwactw zdążyliśmy już przywyknąć. Korzystając z internetu należy najpierw wpisać się do wielkiej księgi podając imię, nazwisko adres i nr PASZPORTU (!). Co bardziej dziwaczne, nikt nikogo nie sprawdza. Irytowało to nas na tyle, ze Szymek za każdym razem wpisuje się używając coraz to śmieszniejszych danych, powodując moje wybuchy śmiechu.

W sobotę na plaży zorganizowana była impreza. Od rana w naszej ulubionej plażowej knajpce wisiał baner z napisem Live Music Tonight. Impreza ponownie okazała się typowo męskim party. Zespól składał się z dwóch osób. Wokalisty i klawiszowca. Klawiszowiec niczym Andy Fletcher z DM nie ukrywał swojego talentu i przez cala imprezę opierał się o instrument, zrywając się na chwile by zmienić utwór. Była Shakira (cudo wykonanie), Modern Talking, trochę lokalnych utworów. Początkowo dziwaczna wydawała mi się impreza tylko dla facetów, ale z czasem gdy cały parkiet zapełnił się uśmiechniętymi twarzami gości tańczących w swym lokalnym niepowtarzalnym stylu zrobiło się klimatycznie i radośnie. Reszty dopełnił Kingfisher duma Hindustanu.
Jak już pisałem wcześniej przed nami ostatnie dni w Mumbai, gdzie pozostało kilka miejsc do odwiedzenia, oraz dokończenie sprawy z Grant Road skąd zostaliśmy przegnani kamieniami ;) Tym razem szykuje jakiś kamuflaż.

untitled-2.jpg

untitled-1.jpg

(bye-bye Goa)

04/03/2007

Festiwal Kolorow

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:50 pm

Dziś wszyscy łącznie z nami obrzucali się kolorowym proszkiem, świętując zakończenie zimy (lokalnie święto może mieć inne znaczenia). Już w Mumbai słyszeliśmy, ze to bardzo ciekawe święto zwane HOLI przypominające nasz smingus dyngus tyle, że zamiast wody używa się specjalnego proszku. Rankiem zdecydowaliśmy się na nasz ulubiony transport, czyli lokalny autobus. Zanim dotarliśmy do centrum Margao, na obrzeżach zauważyliśmy głośny festiwal, zorganizowany pomiędzy małymi chatkami biedniejszych mieszkańców miasta. Wyglądało na tyle ciekawie, iż zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy i po chwili byliśmy na tropie nowej przygody. Tubylcy przekrzykiwali się w śpiewach, tańcząc do rytmów przygrywanych przez bębniarzy. Podchodziliśmy dość ostrożnie nie wiedząc czy nie będziemy przeszkadzać w rytuałach. Jeden z młodych ochoczo wcielił się w role przewodnika i zaprosił nas dalej. Przeszliśmy pomiędzy chatkami prowizorycznie zbudowanymi z desek, których dachy pokryte były płatami folii. I tu wśród wszystkich wywoływaliśmy uśmiech na twarzach a później coraz odważniejsze próby ataków farba. W końcu nie mogliśmy odmawiać bez końca. Skoro weszliśmy w zabawę musieliśmy grac według obowiązujących zasad. I to był błąd. Dalej już nie wiedziałem co się dzieje z Szymkiem bo ja zostałem otoczony przez wszystkich chętnych obsmarowania białego łącznie z aparatem. Ucieczki nie było. Cala moja twarz pokryta była kolorami tęczy. Kiedy prześlizgnąłem się miedzy uczestnikami imprezy zobaczyłem Szymka, który wyglądał nie lepiej. Wszystko przypominało fragment z Sexmisji, gdzie ludzie obrzucali się czym popadnie. Szymek -wychodzimy (!)- krzyknąłem z daleka. Podziękowaliśmy i już nas nie było. Ulica to również nie był zbyt bezpieczny punkt. Staliśmy się idealnym celem ataków z ciężarówek, na których również trwały imprezy. Na każdej z przyczepek po kilkunastu chłopa z woreczkami proszku. Lekko już miałem dość z uwagi na sprzęt, który niosłem ze sobą. Marzyłem tylko o morzu, do którego chciałem wejść w całości łącznie z kolorowym już ubraniem.

untitled-1uu.jpg

Na plaży impreza toczyła się w najlepsze. Kobiety przyodziane w sari, które normalnie przy wodzie są zjawiskiem rzadszym niż biali, również rzucały się w fale. Dziś cale Indie zjechały się do nadmorskich miasteczek, by wspólnie w przyjaźni dokonać oczyszczenia.

Tym razem,o dziwo to nie my prosiliśmy o zdjęcia. Kilkakrotnie podchodzili do nas zaciekawieni przybysze z głębi lądu by prosić o wspólna fotografie.

Dziś ostatni dzień na Goa. Jutro z Margao wyruszamy do Bombaju, gdzie jest jeszcze kilka niezamkniętych tematów oraz powrotny samolot do Londynu.

Pozdrowienia…

03/03/2007

Poznaj Kraj

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 03:51 pm

map1.jpg
mapa poglądowa stanu GOA - tu się kręcimy
obecnie Colva Beach.

Wcześniej wodospady - max po prawej (ang. water falls)

Ponad 100km zrobiliśmy dziś pomykając przez tereny, które rzadko odwiedzane są przez białych ludzi. Nie czuje się dobrze w opisach przyrody bo wszystko o czym mógłbym napisać pewnie wielu przede mną lepiej już to zrobiło. Mogę tylko od siebie dodać, ze ludzie w Indiach są kosmiczni. Nasze odwiedziny w miejscach schowanych gdzieś głęboko w palmowych lasach powodowały wybuchy radości wręcz małe święto wśród rodzin, które prosiłem o zgodę na fotografie. Pewien chłopiec wziął mnie za rękę i zaprowadził na ogródek, w którym pod wielkim wiklinowym koszem (takim jakie Hinduski noszą na głowach) schował kurę z malutkimi pisklętami. Poprosił o wykonanie kilku zdjęć jego małym przyjaciołom . Mimo, iż Ci ludzie wiedzą,że prawdopodobnie nigdy tych zdjęć nie zobaczą, pozują z wielka przyjemnością. Czas biegnie tu tak powoli. Mimo, ze Indie generalnie określane są jako biedne. Tacy ludzie wyglądają na w pełni szczęśliwych mając to co maja. Piorąc na kamieniu, używając prostych narzędzi, odwiedzając co najwyżej sąsiednią wioskę. Tu widać radość z życia w przeciwieństwie do tych żebrzących w wielkich miastach. Nie wiem na czym ta różnica polega. Może w większych miastach bardziej widać kasty. Warstwy społeczne, z których nie można się wyrwać. Gdy urodziłeś się biedny, zostaniesz takim do końca życia.

cpn.jpg

(właściciel sklepu spożywczo-paliwowego. Pełna obsługa)
Wracając do tematu. Dotarliśmy dziś do jednej z plaż niedaleko Vasco da Gama miejscowości nieco na północ od Margao. Cudowne miejsce. Myślę, ze Michal Wisniewski mógłby wziąć tam kolejny swój ślub ;) (pisałem, że nie siedzę w opisach przyrody). Cudownie pędzić przed siebie nie wiedząc która godzina, gdy kierunek wyznacza słonce. Nic nas nie goni donikąd się nie spieszymy. Zatrzymywaliśmy się, gdy coś przykuło nasz wzrok. Jedyne czego mogliśmy się obawiać to jakiś przypadkowy radiowóz, ale tym razem nigdzie ich nie spotkaliśmy. Podobno głownie czatują na drogach szybkiego ruchu, gdzie w Indiach obowiązuje nakaz używania kasków. Na pozostałych drogach wiatr we włosy. Po powrocie plaza i dopalanie różowych skór na słońcu.

india-map.jpg

(my robimy setki kilometrów a dla porównania wielkości Indii-

-Cały stan Goa to mała czerwona kropka po lewej)

02/03/2007

Pokochac Indie

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 04:34 pm

Kiedy Szymek po powrocie z wyprawy do Kolamb (Wodospady) stwierdził, ze rozwiało mu włosy dodając - a Tobie?

Odparłem:

NIE WIEM NIE WIDZIAŁEM SIĘ OD WCZORAJ.

te spontanicznie wypowiedziane słowa, chyba najlepiej mówią o dzisiejszym dniu.

Zebraliśmy się dość wcześnie i po śniadaniu bez prądu wyruszyliśmy na kolejna wyprawę w nieznane. Braki prądu w Indiach to jeszcze normalka i nikogo tu nie dziwią. Wiec dziś zjedliśmy śniadanie bez tostów.

Jako nowi fachowcy od autobusów lokalnych, nie musząc korzystać z luksusów taksówek, udaliśmy się tym właśnie transportem do Margao. Miasta położonego kilkanaście kilometrów od plaży, wyposażonego w stacje kolejowa. Na stację trafiliśmy bez większych problemów, pytając o drogę często spotykanych policjantów, których głównym zajęciem było zastępowanie znaków świetlnych na drogach. W Indiach mało kto zwraca na nie uwagę, wiec policjant lepiej się sprawdza w zatłoczonych miejscach, gdzie pieszy nie ma szans na przejście przez drogę. Dworzec okazał się o wiele przyjemniejszy od tego w Bombaju (stara nazwa Mumbai). Dzięki temu odkryliśmy ostatnia tajemnice Indii - rezerwacje pociągu dalekobieżnego. Trik polegał na tym, że tu było o kilka tysięcy mniej ludzi na dworcu, dzięki czemu wszystko można było lepiej zrozumieć. Najpierw należy zaopatrzyć się w karteczkę, na której jest kilka rubryczek do wyplenienia. Miedzy innymi - Full Name (Max 15 Letters)- Brzęczyszczykiewicz nie pojedzie. Następnie po odstaniu 20 min w kolejce do jednego z okienek, które na pierwszy rzut oka wyglądają tak samo jak każde inne, dowiadujemy się, że to nie to okienko. Kolejna kolejka doprowadza na do mundurowego w kasie specjalnej (turyści, emeryci, policja, wojsko, oraz … posiadacze kart kredytowych ;) (???)). Tam dopełniamy resztę pól, których nikt sam nie wypłeni -nazwa pociągu, nr “pryczy” etc. i w końcu mamy swoja pierwsza rezerwacje. Do Mumbaj wracamy w poniedziałek wieczorem ( planowany (!) czas podróży 12 godzin - ile będzie nie wiadomo).

Kolejne zadanie to zdobycie biletu na pociąg, który zabierze nas do Kolamb. Bardziej w głąb lądu, dalej od cywilizacji. W kolejnej kolejce dowiadujemy się, że jest godzina 11:00 pociąg odjeżdża 0 13:00 a bilety sprzedają od 12:00 ;). Pozostało nam tylko czekać na peronie, na który trzeba mieć specjalny bilet peronowy (cena 3rp). Tam wyczaili nas jeden z biedaków i grzecznie poprosił o o pomoc. Był pierwszym w dzisiejszym dniu wiec dostali 20rp, ale mimo wszystko nie ucieszył się zbytnio. Usiadł nieopodal i zaczął płakać. Mężczyzna w wieku około 40lat z łzami w oczach w podartych spodniach to koszmarny widok. Wiem, ze i w Polsce czy Anglii nie brakuje takich ludzi, ale nigdy nie miałem z czymś takim tak bliskiego kontaktu i nigdy nikt we mnie nie widział tyle nadziei, że to właśnie ja go uratuje. Godzina 12:00 wybiła, wiec po raz kolejny mogliśmy odstać swoje po bilety, które w końcu zdobyliśmy. Szymek wolał jednak upewnić się, o której dokładnie odjeżdża pociąg. Tu muszę zacytować podsłuchaną rozmowę.

-o której odjeżdża pociąg do Kolamb?

-o 13:00

-dokładnie o 13:00?

-o 13:20 dokładnie.- odpowiada kobieta w informacji.

-a jak długo trwa podróż?

-30min

-30?

-dokładnie 40… no może do jednej godziny.-odparła Hinduska.

-Szymek przeklina do mnie po polsku.

Chciałbym tu dodać, że ciekawość Szymka wynikła z wcześniejszej rozmowy z bileterka.

-Jak długo jedzie pociąg?

-20min

-20?

-no może 40min - zastanawia się bileterka.

Szymon nie lubi niedokładności w odpowiedziach o czym niejednokrotnie się przekonałem.

W związku z powyższym pozostała nam dobra godzina do odjazdu. Przechodząc kładka ponad torowiskiem zauważyłem, że po drugiej stronie dworca, znajduje się wielka budowa przy, której powstało małe miasteczko slums’owe. Nic nie mogło mnie powstrzymać by tam nie zajrzeć. Pośród cegieł,szmat i worków, w kurzu wyłowiłem kilkoro bawiących się dzieciaków, którym począłem pstrykać fotki. Zachowałem spory dystans, by niepotrzebnie nie straszyć dzieci i nie prowokować pracujących nieopodal rodziców. Mały chłopczyk z opona i patykiem w ręku pierwszy zauważył intruza i podszedł do mnie by zobaczyć kim jestem. Gdy zobaczył aparat wiedział co robić, czym zachęcił pozostałych. Takim sposobem w kilka sekund z niezauważalnego paparazzi stałem się centralna osoba obozu. Nie chciałem przeciągać sprawy. Z doświadczenia już wiedziałem, że rodzice w takich sytuacjach próbują robić dobry interes na swych pociechach. Zamiast pieniędzy tym razem dzieci zostały obdarowane ciastem z pobliskiego kiosku. Wróciłem na dworzec. Ostatecznie pociąg przybył 13:40. Podróż pociągiem przez Indie to niesamowite przeżycie. Brak szyb w oknach i otwarte drzwi powodują uczucie bliskiego kontaktu z naturą przemykająca przed oczyma. Coś więcej niż przyczepa ciężarówki, gdyż linia kolejowa przecina bardziej dzikie tereny niż drogi samochodowe. Im bardziej na wschód tym widoki były bardziej interesujące. Tuz przed stacja Kolamb mijaliśmy most, z którego zauważyliśmy praczki pracujące w przepływającej poniżej rzece. Musieliśmy to zobaczyć. Spacer w 40stopniowym upale po szynach w pocie czoła sprawił mi niesamowita frajdę. Najpierw powoli wynurzyłem się z nad mostu by nie spłoszyć kobiet. Gdy miałem już odpowiednia ilość materiału, zdecydowałem się że zejdę kamienistym urwiskiem i spróbuje z bliska. Z daleka począłem machać powitalnie pokazując, ze nadchodzi dobry człowiek. Jak zwykle niepewność pojawiła się na twarzach moich modelek, ale aparat łagodzi obyczaje. Photo? Coś odpowiedziały z minami uśmiechniętymi, co oznacza, ze mogę ! Tu mała dygresja. W Indiach w przeciwieństwie do wielu europejskich narodów słowo TAK to nie znaczące kiwanie głowa w gore i w dol a coś pomiędzy NIE WIEM a NIEMOŻLIWE. Proponuje teraz by każdy przećwiczył ten ruch głowy aby zrozumieć moje zakłopotanie, gdy pytam czy mogę zrobić zdjęcie. Nigdy nie wiem czy tak czy nie.

Sesja z praczkami zakończyła się pełną satysfakcja obu stron. Dalej już tylko wodospady.

Wypożyczyliśmy JEEPA, gdyż droga do wodospadów prowadzi przez dżungle i nie można się tam inaczej dostać. Droga samochodem, rówieśnikiem radzieckiego UAZA, okazała się równie zabawna jak przechodzenie przez drogę. Podskakiwaliśmy z Szymonem o mało nie rozbijając metalowego dachu. Droga nie wyglądała na bardzo wyboista i gdyby nie to, że przekraczaliśmy rożne rwące potoki to wolałbym przejechać to maluchem. Po przejeździe sprawdzałem czy czasem nie mieliśmy kwadratowych kol bo drgania były nadzwyczajne.

Z reszta zobaczcie sami crmv0068.AVI i dalej crmv0069.AVI ( ściszyć głośność !!)

Jak widać na przykładach było wesoło. Zaproponowałem kierowcy występy w Paris - Dakar, ale po minie wywnioskowałem, że nie bardzo ogląda Eurosport. Droga powrotna byla juz o wiele gorsza, ale o tym za moment.

Nie chce się rozpisywać o wodospadach bo każdy wie jak jest. Pieśnie, głośno, romantycznie i …. małpio. Moja wcześniejsza małpia rodzina wysiada do tej ilości małp jaka zobaczyłem przy wodzie. Moglem focić do woli.

Wracając do powrotu. Moja mama zawsze mówiła, ze nie przepada ze mną jeździć samochodem, gdyż ie czuje się ze mną bezpiecznie. Nie wiem co by zrobiła naszemu kierowcy po takim rajdzie. Przypominam ze w Indiach ruch lewo-strony (samochód powinien być po lewej) crmv0073.AVI

crmv0074.AVI

ja miałem serce w gardle i nie za bardzo wiedziałem jak przekonać kierowcę by zwolnił. Na pewno zrobi furorę na Youtube.

Po drodze zatrzymał się jeszcze przy jednej z plantacji, gdzie zrobiłem zdjęcie chmarze dzieciaków plantatorów. Wspaniale uczucie. Byliśmy tam wydarzeniem miesiąca. Później sam “Holek” pozwolił sobie zrobić z nami zdjęcie przy jego terenowym wozie i pomknęliśmy z zawalem dalej w strona Margao.

Dalej to już tylko powrót do naszego “plażowego kurorciku” autobusem o niepowtarzalnym klimacie.

Można się zakochać w tym kraju, pogodzie i ludziach.

Na koniec instrukcja jak rozmawiać przez telefon w zatłoczonym hinduskim autobusie crmv0076.AVI

01/03/2007

Margao - Colva Beach

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:00 pm

Po pierwszym udanym przejeździe koleją w czwartkowy poranek osiągnęliśmy kolejne miasteczko usytuowane 40km w kierunku południowym od naszego ostatniego położenia.

Margao to kurort turystyczny z wieloma “przyjemnymi” hotelikami wybudowanymi tuż przy plaży. To już nasz piaty pokój, jak na razie bez zaobserwowanego robactwa. Nasz ostatni hotelowy gość - prusak gigant (w zasadzie jego zwłoki) nie przetrwał ostatniej nocy. Mini mrówki pozostawiły po nim malutki szkielecik i nóżki. Wracając jeszcze do wczorajszego wieczoru. Po zwiedzeniu Panji wróciliśmy na noc do naszej wioski, gdzie postanowiliśmy zaliczyć lokalny bar. Coś w stylu naszego “Bar Bistro” czyli meeting room dla lokalnych, znudzonych mężów. Zamówiliśmy dwie butelki lokalnego piwa. Barman ze szczerym uśmiechem przedstawiającym ostatnie trzy zęby z kompletu jaki mu został z dzieciństwa, przyniósł butelki i dwie szklanki ochoczo przygotowując się do nalania. Nigdy nie widziałem tak brudnych-umytych szklanek. Były wręcz kremowe od rożnych mazi i tłuszczyków. Szymek stanowczo przerwał ceremoniał tłumacząc, że piwo bardziej smakuje mu prosto z butelki. Uznałem, Iż było to najlepsze z możliwych dyplomatycznych wytłumaczeń tak by nie urazić wyraźnie zdziwionego właściciela.

man.jpg

Teraz znów walczymy z falami najcieplejszego morza w jakim udało mi sie dotychczas urzędować. Woda cieplejsza niż powietrze. Zbieramy siły przed uderzeniem w głąb lądu. Przed nami ostatnia zaplanowana atrakcja 100km na wschód by zobaczyć Indyjskie wodospady.

Dziś filmik z rajdu przez Goa’ńskie wiochy crmv0043.AVI

28/02/2007

Panaji/Old Goa

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:49 pm

Dziś zamiast stopem, do Panaji dotarliśmy za pomocą lokalnego Busa. Takiego z wielkimi otwartymi oknami, przyozdobionego pięknymi kwiatami. Bilet w cenie 10rp i brak dodatkowych komplikacji związanych z agentami, czy specjalnymi biurami, tak jak to było w przypadku pociągu, skusił nas do wybrania tego rodzaju środka transportu. W takim autobusie bilet sprzedaje konduktor.

Do Panaji, miejscowości usytuowanej dalej na południe stanu Goa, przyjechaliśmy po zaledwie 40minutowej podróży. Tym razem odrzuciliśmy wszelkie oferty taksówkarzy stawiając na znacznie zdrowszy i tańszy sposób - spacer z tobolami. Daleko jednak nie uszliśmy. Wysoka temperatura dziesięć kilogramów w plecaku plus osobna torba na aparat, szkła, statyw- to wszystko zmusiło nas do szybkiego postoju na przydrożnej ławce, gdzie byliśmy wystawieni na nowe ataki taksiarzy tak usilne, iż w końcu się poddaliśmy. Zabrał na w głąb lądu do mieściny zwanej - Old Goa, gdzie prócz kilku ruin wielkich portugalskich kościołów i jednego komunistycznie wyglądającego hotelu nie ma kompletnie nic. Szybko pozbyliśmy się natręta i zaczęliśmy zwiedzać nowy pokój. Tym razem z wielkim prusakiem. Załamałem się na widok nowego gościa i szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałem co z nim począć. Szymek miał odwagę go “zbutować” nie bacząc na ewentualne konsekwencje uśmiercenia tak wielkiego robala.Naprawdę nie chciałem tego widzieć jednak później skusiłem się by to udokumentować na zdjęciach.

prusak.jpg

Reszta dnia upłynęła nam na zwiedzaniu miasta. Przeszliśmy już jego sporą cześć. Byliśmy na meczu krykieta miejscowych blokowców, którzy to zaraz po sesji otoczyli mnie w trzydziestu, by podziwiać swoje postacie na małym ekraniku aparatu. Obiecałem, że wyślę im maila. To zadziwiające jak łatwo tu o znajomość.
baseball.jpg

Niebo dalej bez najmniejszej chmurki.

Calangute ride

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:27 pm

Wczoraj dostaliśmy do swojej dyspozycji motocykl marki Yamaha, wyprodukowany gdzieś około 1970 roku. Wypożyczenie takiej maszyny to koszt 200rp i po zdobyciu paliwa, można jeździć do woli. Paliwo kopiliśmy nieopodal w sklepie spożywczym. Obok chleba, coca-coli i innych trunków, sprzedawca trzymał kilka litrowych butelek (coś jak te po oleju do smażenia) z benzyną. Kupiliśmy dwie. Sprzedawca wypełnił nasz pojazd, zabrał butelki i mogliśmy pędzić. Postanowiliśmy jechać gdzieś przed siebie w kierunku wschodnim, byle dalej od turystów.

Pędząc, przecinaliśmy gorące powietrze i mijajliśmy coraz piękniejsze wioski umiejscowione głęboko w lasach palmowych. Tu życie płynie o wiele spokojniej. Ludzie jeszcze bardziej uśmiechnięci i życzliwi. Trudno opisach takie miejsca. Myślę, że nawet zdjęcia nie oddadzą tego klimatu. Tu po prostu trzeba być.

Po jakimś czasie musieliśmy znów wrócić do miasta by uzupełnić spalone paliwo. Przed wyjazdem byliśmy ostrzegani, że w każdej chwili możemy spotkać miejską policje, która zawsze chętnie da się przekonać, iż nie ma racji. Dwie białe głowy na czarnym motocyklu widoczne z bardzo daleka były bardzo łatwym celem i oczywiście musieliśmy się na ną natknąć. Driving licence please. Dostał w ręce nasze prawo jazdy i po krótkich oględzinach stwierdził, iż nie o takie mu chodzi. Tu wymagane jest międzynarodowe. Oczywiście żaden z turystów takiego nie ma. My również. Dowiadujemy się więc, iż mandat wynosi 1200rp, ale rozglądając się na boki dodaje, że może dać zniżkę i bez mandatu za 600 możemy jechać. Staraliśmy się jak zwykle targować, ale wydawał się nie ugięty. Nie bardzo wiedziałem jak zachować się wobec władzy z kraju takiego jak Indie. Domyśliłem się, iż nie może różnic się bardzo od innych i gdy Szymon dalej walczył o zniżkę, wyjąłem 400rp i bez słowa zamieniłem je na prawo jazdy, które mundurowy trzymał w ręce. Policjant kompletnie nie reagował na to co robię. Nawet nie wiedział ile mu daje, totalna ściema. Rozglądał się kompletnie nas ignorując i od tego momentu już nas nie widział. Schowałem prawko do portfela i niewiedząc do końca czy wszystko jest jak trzeba, poczęliśmy oddalać się z miejsca zdarzenia.

Słyszeliśmy, że taka sytuacje to tutaj nic nadzwyczajnego, wiec gdy otąrząsneliśmy się z chwilowego szoku, tuż po chwili wiatr znów rozwiewał nasze grzywy. Jeździliśmy tak aż do późnej nocy poznając zakamarki i okolice Calangute.

27/02/2007

Calangute

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 09:51 am

Wczoraj wieczorem pokusiliśmy się o normalna kolacje i poranne testy wykazały, że wszystko jest już w normie.

Dzisiejszy dzień to kontynuacja relaksu na plażach, kąpiele, handlowanie i spacery. Jak tylko zejdziemy z kompów planujemy wypożyczyć motocykle i zwiedzić okolice. Spacer po Calangute uświadamia mnie w olbrzymiej różnicy pomiędzy metropolia jaka jest Mumbai a ta mała wioska na Goa. Kompletnie inny świat. Budynki przypominają filmy z Zorro. Takie białe kapliczki z krzyżem na szczycie a na bokach dzwony. W sklepach i knajpkach wiszą obrazy Jezusa przyozdobione kwiatami. Tym razem populacja miasta dzieli się na trzy grupy:

Najliczniejsza to oczywiście handlarze, druga - równie liczna to taksówkarze (nadzwyczaj natrętni) a trzecia grupa niewiele mniejsza, to turyści, głównie z UK.

To nasza ostatnia noc w Calangute. Jedziemy dalej na południe. Postanowiliśmy, że tym razem spróbujemy “na stopa”. Zobaczymy jak będzie. Zdjęć nie da się wysłać bo w kafejkach mają jakieś śmieszne programiki blokujące dostęp do wszystkiego poza przeglądarką.

Jest super Ciepło ;) Staje się czerwony.

26/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:09 pm

Na pocieszenie najlepsi kierowcy świata (plik avi) crmv0016.AVI

Goa/Calangute

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 11:19 am

Szymek został w hotelu. Przechodzi znacznie gorsza wersje tego czego ja o włos nie dostałem wczoraj. Nawet nie próbuje sobie wyobrazić 700km przebytych autobusem (bez postoju) z takimi problemami jakie dotknęły mojego kompana.
Widziałem już plaże. Piękno niczym z okładek magazynów turystycznych. Palmy kłaniają się ponad złocistym piaskiem plaży ciągnącej się dokąd wzrok sięga. Na niej rozłożone leżaki przy każdym cudowny parasol wykonany z bambusa i palmowych liści.
Co kilka metrów chatka, również wykonana w bambusowej technologi, oferująca rozmaite drinki, zakąski i coś więcej jeśli tylko masz ochotę. Jako wytrawny znawca temperatur wody kąpielowej, stwierdzam, że jest idealna. Słynę z tego, iż nie wytrzymuje w wodzie dłużej niż kilka minut. Tu nie mam dość. Tradycyjnie muszę wspomnieć, iż leżakowanie przerywane jest raz po raz przez sprzedawców. Ciągle coś nowego “very cheap sir”. Maja znowu okulary, ręczniki, mapy i korale, na które kilkakrotnie się skusiłem. Już cała ma lewa ręka wygląda jak choinka, obłożona ozdobami po sam łokieć.

Jednak po wcześniejszym pobycie w Mumbai, życie w Calangute (tak nazywa się miejscowość, w której obecnie przebywamy) muszę przyznać lekko przynudza. Głównie ze względu na swój typowo turystyczny klimat. Gdyby nie klaksony i wysokie palmy to można by zapomnieć, że to koniec świata. Masy białych turystów, psują dzikość tego miejsca. Nie ma świętych krów, zapachu zmęczenia, większość z klimatu gdzieś pochowana. Aparat w torbie. Brak weny. Jest pięknie dla oka, nie dla duszy. Można się wyluzować by zebrać się na dalsze wyprawy. Raduję się pogoda 40C na plaży powoduje euforie w mym sercu. Smogu brak. Widoczność znów aż po horyzont. Można oddychać.

Ja myślę gdzie by tu uciec a tubylcy, chłopcy młodsi niż ja, proszą mnie na kolanach by coś od nich kupić wytrzeszczając te swoje wielkie czarne oczy. Sami montowali te różności. Ja w ich wieku moglem studiować, bawić się, żyć pełnia możliwości. Oni  chodzą w 40 stopniowym upale po plaży, prosząc się od białych o “cokolwiek”. Nie mówię, że u nas jest lepiej, nie ma biedy, ale tutaj czuje się dziwnie patrząc na to z tym swoim innym, “lepszym” kolorem skóry. Kopiłbym od nich wszystko, ale niestety mnie nie stać. Indie to wielki kraj.

Goa

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 06:39 am

Goa to już zupełnie inna bajka. Jesteśmy tu od kilku godzin. Widoki kompletnie inne. Palmy, bary, puby, kaplice z krzyżami i auta z napisami Ave Maryja. Portugalia dominowała tu jeszcze całkiem niedawno i bardzo widać jak zakorzenił się tu bardziej europejski klimat. Trzeba jednak trochę pomieszkać by napisać coś więcej. Tym razem Hotele maja o wiele wyższy poziom. Mamy olbrzymi pokój z balkonem i normalnym prysznicem. Z pewnością trzeba będzie wejść gdzieś głębiej by zobaczyć coś bardziej prawdziwego.

Dzięki za majle. Czytam wszystko.

goa.jpg

(Stan Goa - jeszcze niedawno była tu Portugalia)

Jedziemy na Goa

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 06:34 am

19:30 czau lokalnego a my zaopatrzeni w 2 litrowe butelki wody tym razem “wyprodukowanej” by PEPSI staliśmy gotowi z całym dobytkiem pod naszym biurem turystycznym. Ticket please. Tym razem z minami jak gdyby nigdy wcześniej nas nie widzieli. Pokazuje świstek schowany w kieszeni i po szybkiej kontroli dostajemy przewodnika, który ma doprowadzić nas na dworzec “PKS” za co oczywiście spodziewa się zapłaty. Po drodze mijamy autobusy, które na pewno wprowadziły by w zdumienie nie jedna stacje kontroli pojazdów. Na szczęście nasz pojazd wyglądał przyzwoicie z zewnątrz, bo wewnątrz to już prawdziwe arcydzieło rzemieślnicze. Ponad głowami “normalnych” pasażerów, zamontowane zostały prycze. Mniej więcej 40cm poniżej standardowych schowków. O takie właśnie miejsca leżące wcześniej mało się nie pozabijaliśmy. heh. Generalnie w najwyższym punkcie mam około 60cm luzu, własna lampkę i 1/5 okna. Nie polecam osobom z klaustrofobia. Czułem się tam jak wówczas, gdy miałem 10lat i budowałem sobie domek z koców rozłożonych pomiędzy tapczanem a dwoma krzesłami. Jak dla mnie może być. Nigdy nie chciałem dorosnąć.

Elephanta dokonczenie

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 06:17 am

Uśmiechnięte twarze agentów turystycznych, pracujących w czymś co przypomina przyczepę podobna do tych używanych u nas do organizowania strzelnicy, powitały nas z daleka. Hello Sir, going to Goa? Znaliśmy ceny z góry wiec nie było targu. Prawie dobijaliśmy dila, gdy jakiś profesjonały naciągacz przyprowadził nowego białego nieszczęśnika oferując mu ten sam bilet w cenie przewyższającej naszą o 300rp. Szybko poinformowaliśmy nowego, że właśnie stał się ofiarą własnej niewiedzy a ten szybko wycofał się z transakcji powodując furie naganiacza. Łowca zaczął wrzeszczeć na swoich pracodawców (jak się domyślałem nie znając hinduskiego), iż zdradzili nam wysokość minimalnej ceny i teraz on straci cale swoje znaleźne za świerzaka. By nie robić dalszego zamieszania i widząc napływające łzy w oczach myśliwego z dworca, po krótkiej naradzie wspólnie idziemy na kompromis i każdy z nas dorzuca do owej minimalnej kwoty po 50rp by opłacić poszkodowanego. Nastała zgoda. Uśmiechy powróciły na wszystkie twarze.

Nasz nowy znajomy to Daniel, który dotarł tu z Izraela i planuje 6cio miesięczny pobyt w Indiach. Jest jeszcze kompletnie nie uświadomiony w tutejszej walce o przetrwanie. W ciągu jednego dnia przepłacił na wszystkim, czym mógł i miał tego zdecydowanie dość. Mogliśmy poczuć się w końcu weteranami. Swoje już wiemy.

ELEPHANTA.

Taxi i jesteśmy na wybrzeżu. Nie ma zbyt wiele czasu, wiec szybko kupujemy bilety na prom. Opędzamy się od kolejnych wciskaczy “czegosieda” i jesteśmy na pokładzie. Tu jak zwykle niespodzianka dodatkowe 10rp by wyjść na górny pokład. Płacimy, choć widoki i tak nieciekawe, gdyż zasięg wzroku ciągle ograniczony przez wszędobylski smog. Jedynie mijane olbrzymie kontenerowce zwracały uwagę turystów.

Po ponad 40min dopływamy do wyspy, bujnie porośniętej zielonym buszem. Droga na wyspie usłana straganami i ponownie przebijamy się przez tłumy. Po drodze dwa szlabany z podatkiem od turystyki, świerzego powietrza, bycia białym… Postanowiłem, że odłączę się od chłopaków bo nie przyleciałem tu by łazić owczym pędem za jakimś turystycznym tłumem. Skok przez plot i jestem na łonie natury. Rozpocząłem wspinaczkę.

Już po kilku chwilach moje braki z botaniki Indyjskiej zapoznały mnie z dziwna rośliną, która wbiła się we mnie i nie chciała puścić. Próby uwolnienia zaznajomiły mnie z jakością o ostrością kolców wysuszonego krzaka. Każdy kolejny ruch powodował zapętlanie się kolczastych pędów i coraz mocniejsze kłucie. Szczęśliwie skończyło się na lekkim zadrapaniu i moglem iść dalej. W końcu spotkała mnie nagroda. W gąszczu natknąłem się na spora małpia rodzinkę. Od maciupeńkich małpiątek po dużych zamyślonych dziadków. Nie wiedząc jak zareagują na moja różowa koszulkę,  tym razem podchodziłem do sprawy ostrożnie. Mam nadzieje, że to nie przez wygląd, ale małpy kompletnie mnie zignorowały i moglem spokojnie zasiąść obok i pstrykać do woli. Jak się znudziłem pożegnałem towarzystwo i wróciłem na statek kadrując kilka krów.

malpa.jpg

25/02/2007

Elephanta

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 01:41 pm

Wczoraj wieczorem zamówiliśmy budzenie na 8:30. Nasz landlord potwierdził stanowczym - Yes Sir. Następnego ranka, o wiele później obudziła nas matka natura. Nie zdziwiłem się wcale ;). Trudno tez nazwać ranek, rankiem gdy w pokoju bez okna o 10 rano nie widać własnej dłoni.

Na dziś zaplanowane są dwie “atrakcje”. Targ o bilet na Goa i wyprawa na wyspę Elephanta.

Poranek przyniósł również pierwsze ostrzeżenie. Przestrogi o tutejszej wodzie okazały się nadzwyczaj prawdziwe. Choć oboje unikamy lokalnych wodopojów, nie da się uniknąć zjedzenia czegoś, co nie było podmyte w tutejszej wodzie. Ratunek w postaci 3 tabletek węgla jak na razie skutecznie “zatrzymuje” katastrofę. Chwilowo nie jem nic zapychając się wodą z butelki z napisem w typowo tutejszym prze-kolorowanym stylu 100% orginal by Coca Cola.

Przed wyjściem w miasto, wyskoczyliśmy do naszej lokalnej kafejki, tym razem na gorzka herbatę. Po chwili byliśmy już gotowi na nowy dzień wypełniony niezliczonymi targami z miejskimi handlarzami. Handlarzem jest tu chyba każdy od urodzenia. Taki narodowy zawód. Coś jak marudzenie w Polsce.
Wiedziałem, że muszę zdobyć dziś dodatkowa pamięć do mojego aparatu. W pierwszym sklepie wprawiony już w tutejszym przekomarzaniu, wykłócałem się o swoje aż w końcu zrezygnowałem z oferty dwukrotnie przewyższającej ceny z Londynu. Mogą mnie robić na tych swoich ciuchach, czy wszystkim innym, ale nie na czymś co wiem ile kosztuje. Zostało mi trochę fontów, wiec moglem sobie wyliczyć po mojemu ile to naprawdę jest warte i oszczędziłem pracy kolejnemu sprzedawcy. Większość Hindusów ma przyrośnięty palec do kalkulatora. Znając cenę za ile mogą sprzedać towar i tak udają matematyków rachując ile można, mamrotając coś pod nosem. W końcu przerwałem jego ekscytacje matematyka i położyłem funty na ladę. Kilku znajomych zasypiających w sklepiku, poczęło obmacywać walutę sprawdzając jej oryginalność. Jeszcze tylko telefon do przyjaciela, który zna kursy walut i pamięć jest moja.

Zadanie nr2. to kupno biletu autobusowego, które również zakończyło się sukcesem, ale o tym nasennym razem, gdyż muszę uciekać bo odjazd o 20:00

Napisze również o Elephanta, wyspie gdzie poznałem małpy…

Jedziemy na Goa.

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 01:01 pm


11.jpg

Najlepiej nie spałbym wcale. Wypstrykałem już dwie karty i nie mam już miejsca na nowe zdjęcia. Czwarty dzień w tym samym mieście pozwala na to by powoli przywyknąć do tutejszego klimatu. Smród powietrza nie jest już tak uciążliwy jak pierwszego dnia. Tylko czasem nasila się bardziej w niektórych miejscach (o dziwo niekoniecznie tych wyglądających na najbrudniejsze). Jestem już prawie pewien, że ten zapach to nic innego jak odór z jednego wielkiego wysypiska śmieci jakim jest to miasto. Widzieliśmy już szczury pomykające przez ulice, myszy przebiegające pomiędzy nogami klientów mniejszych knajpek, gdzie czasem coś zajadamy.

W pokoju wyczaiłem już mini-mrówki i zabiliśmy pierwszego, niczego nie spodziewającego się prusaka, europejskich rozmiarów. Widocznie jeszcze młody. Ogólnie wszystkie insekty czuja się tu dość bezpiecznie, głównie ze względu na lokalne wierzenia, które nie pozwalają krzywdzić żadnych żywych istot. Reinkarnacja to podstawa tutejszej wiary, więc nikt nie chciałby trącić swego wuja. Dlatego zabicie naszego gościa nie należało do najtrudniejszych. Wyglądał na ostro zaskoczonego butem Szymona. Psy, krowy, konie, które można spotkać wszędzie przerażają brakiem jakiejkolwiek tuszy. Z resztą nie ma się co dziwić, jeżeli właściciel nie wygląda lepiej.

Sobota wieczór. Na imprezę nie ma szans. Wpuszczają tylko pary…sprawdziliśmy. Pozostają lokalne knajpki z 90% przewagą facetów wyluzowanych przy sokach z pomarańczy oraz DJ’em mixujacym kawałki z zeszłej dekady. Oczywiście DM nie znane, tez sprawdziłem ;)

Po tych kilku dniach mogę pokusić się o lekkie podsumowanie. Pierwsza sprawa dosłownie  rzucająca się w oczy, poza ogromna bieda to komunikacja. Klaksony nie milkną nigdy, leżąc już w łóżku, dźwięk tego zmyślnie wykorzystywanego urządzenia rozbrzmiewa ciągle gdzieś w podświadomości nie pozwalając zasnąć. Mimo kilkudniowego treningu, przejście na druga stronę większej ulicy to nadal nie lada wyczyn i dobra zabawa.

Plaże nie należą do najlepszych. Za dużo ludzi, głównie żebrających. Nie można przystać nawet na minute. Z resztą piasek jakiś brudny a kolor morza raczej nie zachęca. Z pewnością poza miastem będzie lepiej.Smog rozmywa niebo i tak do końca nie wiadomo skąd świeci słonce.

Dworzec kolejowy to dalej dla mnie magia. Jeżeli ktoś planuje tu przylecieć proponuje przestudiowanie kolejnictwa azjatyckiego. Kolejki jak za komuny. Kupiliśmy bilet z punktu A do B w cenie 6rp a w pociągu złapał nas kanar i wlepił 600rp kary bo pociąg okazał się pospiesznym. Nie wiem jak ktoś może je rozróżnić.
Tak czy inaczej nie żałuje ani jednej minuty i mam nadzieje, że tak zostanie. Mimo tego ciągłego naciągania, ludzie Indii w gruncie rzeczy są bardzo przyjaźni, nie zepsuci przez zachodnia cywilizacje. Kolor naszej skóry z pewnością stawia nas w sytuacji uprzywilejowanej. Kochają cię za nic. Za to że jesteś. Agresji Brak.

24/02/2007

Ulice Mumbai

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 05:19 pm

Brak okna w pokoju oraz powolne przestawianie się do nowego czasu spowodowało, że obudziliśmy się dopiero około 11:00. Strasznie dziwne uczucie otworzyć oczy około południa w tak ciemnym pokoju. Człowiek może poczuć się skołowany. Wiatrak swym szumem przypomniał mi gdzie jestem. Szybki prysznic w zimnej wodzie i znowu możemy przedzierać się przez ulice Mumbai.

Pierwsza sprawa jaka chcieliśmy załatwić było kupienie kolejowych biletów na GOA. Niestety poddaliśmy się po kilkunastu minutach. Najpierw spośród kilkudziesięciu okienek musieliśmy znaleźć jedno, które obsługuje turystów. Następnie musieliśmy wypełnić jakiś formularz A4 biletu nie kupimy bez paszportu, a na koniec koleś przywalił nam cenę, która dwa razy przewyższała cenę autobusu i zaznaczył, ze nie ma wolnych miejsc aż do poniedziałku wieczorem.

Postanowiliśmy, ze jeszcze przemyślimy ba jaka wersje transportową się zdecydujemy
i oddalilismy sie z tlocznego dworca Mumbai Victoria Terminus (ponownie robota angoli)

Czas na resztę miasta.

Plan był taki by omijać większe ulice i wejść w prawdziwe lokalne życie. Ulica po ulicy wciągaliśmy się w coraz biedniejsze tereny miast budząc przy tym nie małe sensacje. Hello Sir. Photo Please. Need some Help? Nie da się od nich opędzić, są wszędobylscy. Jesteśmy dla nich niczym chodzący bankomat. Nie można usiąść nawet na minute bo zaraz jakaś przyjacielska dusza proponuje nam załatwienie czegokolwiek. Od Haszyszu przez usługi transportowe na masażach skończywszy ;). Ratunek to ignorancja i ucieczka. Miłosierdzie niestety trzeba wyłączyć by nie zostać kompletnie nagim. Mam zawsze pełną kieszeń drobnych by rozdać chętnym na zdjęcia. Tak na prawdę nie trzeba nikogo to tego nakłaniać. Widok białego z kamera momentalnie wyzwala tu we wszystkich instynkty aktorskie.

Zwiedziliśmy dziś sporo ciekawych miejsc. Duże wrażenie wywarła na mnie jedna z ulic, na której pękła olbrzymia rura kanalizacyjna. Do pracy przy samej rurze zatrudnionych było kilkudziesięciu wychudzonych hindusów, natomiast do kopania wykorzystywano kobiety. Stały one do kolan zanurzone w błocie w rekach wielkie misy służące do przerzucania odpadów dalej. Straszny widok…

crw_7837.jpg

Na wieczór zostawiliśmy okolice Grant Road, miejsca uciech cielesnych. Jak się jednak wydaje ze względu na jakość i klasę tych usług terytorium przeznaczone jest raczej dla tubylców. Nie wyobrażam sobie by ktoś z “cywilizowanego” świata mógł skorzystać ze świadczeń na takim poziomie sanitarnym. Niestety kamera czy aparat to wróg tego typu miejsc i nasz widok wywoływał natychmiastowy popłoch. ;/ Zmrok sprowadził dodatkowe utrudnienia - statyw był zbyt oczywisty. Po chwili namysłu wpadliśmy, wydawać by się mogło, na znakomity pomysł by wykorzystać nieświadomego taksówkarza i podjechać jak najbliżej akcji. Wykonać perfekcyjnie zdjęcia i czmychnąć. Taxi driver zachęcony przez 100rp zgodził się po małym targu. Jedziemy, aparat gotowy. Komenda stop… Przygotowany do zdjęcia… Taksówka zwalnia. Łapie fokus… Z ulicy słychać głośne PHOTO PHOTO…. w tym momencie z kilku stron posypały się kamienie, które odbijając się od maski samochodu wystraszyły nas wszystkich. Kierowca momentalnie przyspieszył i przygoda z Grant Road zakończyła się bez jednego dobrego zdjęcia.

Nie odpuszczam ;) Jeszcze tam wrócimy…

adsdada.jpg

23/02/2007

Bieda

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 05:50 pm

41.jpg

(plaża w Mumbai. Smog rozmywający słońce)

Dzień drugi to nasza przeprowadzka na południe Mumbai. Colaba to bardziej turystyczna cześć miasta. Skoncentrowane tam są atrakcje turystyczne, z których główna stanowi Brama Indii, jednak ta cześć była dla mnie najmniej interesująca. W większość tak zwanych atrakcji wmieszani byli Brytyjczycy, co wystarczająco mnie zniechęcało. Najbardziej interesującą częścią dnia była wizyta w Bora Bazar - dzielnica miasta, gdzie można zobaczyć prawdziwe Indie, ludzi żyjących codziennym rytmem. Male sklepiki przerobione na rodzinne mini zakłady, gdzie na przestrzeni kilku metrów zorganizowana jest drukarnia, czy zakład krawiecki. Dalej ulica łączy się z częścią zwana Rafood Mari zamieszkiwana przez najbiedniejszych. Domy przypominające szałasy, szczury, wychudzone dzieci, kobiety i mężczyźni lezący w brudzie na ziemi. Ciężko było tamtędy przejść. Udało mi się zrobić kilkanaście zdjęć, jednak nie mogliśmy tam dłużej zostać, gdyż stawało się to zbyt niebezpieczne. Widok aparatu ściągnął zbyt wielka liczbę dzieci, które w końcu postanowiły zerwać ze mnie wszystko co miałem.Po ataku na aparat, ewakuowaliśmy się do przejeżdżającej taksówki.

Nowy Hotel jest dużo tańszy i nie ma już problemu z brudnymi oknami. Po prostu ich nie ma wcale. Prysznic jak zwykle wmontowany w przypadkowym miejscu w ścianę, lejący zimna wodę na wszystko co popadnie. Ciepła woda była tylko w zapowiedziach hotelarza. Standardowo nad nami powiewa olbrzymi wiatrak.

Prędkość internetu nie pozwala na przesłanie nawet jednej foty. Pozostajemy jeszcze w Mumbai, ale za kilka dni uderzamy na GOA.

51.jpg

dziad.jpg

Zapach Indii

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 10:26 am

I jesteśmy. W pierwszych słowach muszę podziękować Bogu, za to jak pięknie to wszystko sobie tu wymyślił. Jesteśmy w Mumbai. Zamiast o 11 rano, wylądowaliśmy dopiero o 15 czasu lokalnego.  Dziwny smród wmieszany w tutejsze powietrze. Jakby mieszanka palonych śmieci… spalin i może trochę coś z przypraw, czy innych kadzidełek. Przypomina smażona rybę i jest wszędobylski. Czasem nasila się do granic niemożliwości. Wszystko nowe.

Po szczegółowej kontroli celnej i wypełnianiu śmiesznych kwitków, wyszliśmy na ulice… Zdałem sobie sprawę jak bardzo tęskniłem za latem.  Kurz i smog od razu uderzył mnie w przełyk. Oczy zasypały się pyłem, a wargi z tego samego powodu momentalnie stały się suche jak pieprz. Stojąc przy wyjściu z lotniska od razu staliśmy się idealnym celem moich pierwszych w życiu, oficjalnych naganiaczy. Raz po raz ktoś nas zaczepiał oferując wszelkie możliwe usługi. Pierwszą rzeczą jaką musieliśmy zrobić to zadzwonić do znajomego, który miał nas powitać na lotnisku, na którym oczywiście się nie pojawił. Jak się  zorientowaliśmy telefony podzielone są na lokalne i… nie lokalne. A to zmyślnie uniemożliwiało mi dodzwonienie się do nagranego nieznajomego. Wtedy zauważyłem Hindusa, który wymachiwał moim imieniem wymalowanym na tekturowym kartonie. Był to hotelowy kierowca, który powiedział, że zabiera nas do jakiegoś hotelu i został przysłany przez owego nieznajomego( który ze względu na nasze opóźnienie, bez pytania zdecydował, że nie będzie czekał).

Jedziemy.

crw_7710.jpg

img_7616.jpg

crw_8550.jpg

crw_8498.jpg

Wspaniale przeżycie. Zasada jest jedna… Na wszystko najlepszy jest klakson. Kierunkowskazy nie istnieją. Przed wyjazdem jako długoletni kierowca czułem się na silach by pojeździć tu autem. Teraz zmieniam zdanie. Europejski kierowca miałby tu problem przebić się przez pierwsze większe skrzyżowanie. Jeżdżą tu we wszystkich możliwych kierunkach naraz, oczywiście nie bacząc na żadne przepisy. Linie na jezdni mimo, że ładnie wymalowanie nie mają tu większego znaczenia. Ilość pasów w danym kierunku determinowana jest przez aktualne natężenie ruchu. Raz droga ma dwa, trzy pasy do centrum i jeden powrotny by po chwili było zupełnie odwrotnie.
Hotel.

Nie ma się co tu rozpisywać. Nie spodziewaliśmy się  luksusów, wiec zbytnio nie zaskoczył nas nasz pokój. Prysznic z zimna wodą, ze środka sufitu łazienki leje wprost na marmurowa ziemie. Szalony strumień olewa wszystko wokoło. Woda spływa do malej dziurki w podłodze. Obstawiam, że późniejsze korzystanie z toalety będzie mocno utrudnione. Patrzę przez okno. Szyby myto, gdy je tu wstawiali . Dziesięć lat jak nic. Cena 2500rp  dość wysoka. Bierzemy pod uwagę, iż to nasz pierwszy pokóji jesteśmy gotowi zapłacić frycowe.

W końcu pojawia się nasz umówiony Hindus. Gotowi na nasz pierwszy spacer.

Wychodzimy na miasto…

crw_7692.jpg

Pierwsze kroki popełniałem ostrożnie by w coś nie wdepnąć. Jednak szybko o tym zapominaniem bo 100% mojej uwagi zostało skupione na nauce przechodzenia przez drogę. Pierwszą wielopasmówę przechodziliśmy dosłownie 5 min. Auta niczym rzeka płyną bez przerwy. Trójkołowe Riksze wbijają się  w coś co można nazwać chodnikiem. Prześladuje mnie wrażenie, że zaraz coś we mnie wiedzie. Jednak po jakimś czasie zauważam, że tu nic nikomu się tu nie dzieje. To cale trąbienie, to nie oznaka irytacji kierowców a grzeczne informacja dla wszystkich wokół: Uwaga…. JAdę !!!

crw_8546.jpg

15 minut spaceru w ustach i oczach czuje piach, gardło zaczyna piec. Bez wody się nie obejdzie. Szczęśliwie w Indiach wszystkie budynki i chodniki mieszczą wszelkiej maści sklepy i kramy, wiec butelkowanej wody jest tu pod dostatkiem.

Bierzemy Riksze.

Szaleństwo! Serce w gardle. Jedziemy z kolesiem, który jedna nogę ma schowana pod czterema literami a druga operuje pomiędzy gazem i hamulcem. Biegi zmienia w ręce. Jedzie do przodu i w poprzek drogi, po chodnikach miedzy ludźmi nieustannie przy tym trąbiąc. Nawet teraz, gdy to pisze to gdzieś z dala od drogi, wciąż słyszę piii, pii, pii pii. piiiiiiiiiii

crw_8612.jpg

Dojechaliśmy do morza, słońce już zachodziło. Plaza pełna ludzi. Jako jedyne białasy przykuliśmy uwagę tubylców i …  nie było już spokoju. Oberwali mi nogawki. Wszędzie dzieci. Wyciągają ręce i szarpią, szturchają by coś im dać.  Ciągle ktoś nowy podchodzi i nudzi o drobne, albo chce coś sprzedać. Sunil, nasz nowo poznany kolega zabiera nas na dworzec kolejowy.

I naprawdę, to był strzał w dziesiątkę. Jeżeli chcesz zobaczyć Indie… koniecznie wpadnij na dworzec. Tysiące ludzi gdzieś pędzi. Wygląda to jakby w jednym czasie zamknięto wszystkie zakłady pracy i wszyscy w tym samym czasie zapragnęli wrócić pociągiem do domu. Postanowiłem przyczaić się na schodach by mieć lepszy widok na to zjawisko. Ludzie omijali mnie niczym woda sterczący głaz w rwącej rzece.Podjechał pociąg. Nie zdążył się zatrzymać a polowa ludzi już wysiadła a reszta w biegu zaczyna się ładować. W momencie ludzie wypełniają wagony po brzegi, a mimo to chętnych jest jeszcze bardzo dużo. Dla hindusa nic trudnego. Po chwili zapełnia się DACH (!). Centymetry od przewodów wysokiego napięcia spokojnie zasiada sobie jakaś para. Wtedy musiałem wyglądać jak japończyk na rynku w krakowie. Z wrażenie pstrykałem na oślep.Wszystko co się dało.

pociag.jpg

pociag1.jpg

Dzień pierwszy, który ze względu na różnice czasową trwał nie wiadomo jak długo, zakończył się mila kolacyjka w przydrożnej knajpce.

Jak na pierwszy dzień. Bardzo mile warzenia. Na koniec zaszokował mnie karaluch wielkości malej myszy. Myślę, ze nie byłbym w stanie go zabić. Chociażby ze względu na to, co mogło by po nim pozostać. Sunil, który wówczas dumnie pokazywał nam swój pokój, spojrzał na robala otworzył balkon i wyprowadził go na spacer. Ponoć żyją razem. Spojrzałem wymownie Szymkowi w oczy. Nieźle się zaczyna.

21/02/2007

20:30

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 09:48 pm

12.jpg

(Shilpa Shetty - na lotnisku Heatrow)
Plotki o Shilpie okazały się prawda. Przed dosłownie minutami cale lotnisko oszalało… W życiu nie widziałem tylu telefonów w powietrzu. Kto mógł trzaskał foty z wbudowanych aparacików by zachować gwiazdę dla siebie. Bylo kilku paparazzi. Ja również postanowiłem się zmierzyć. Hinduska w swych przyciemnianych okularach znakomicie czuła się w roli “celebrity” uśmiechając się do wykrzykujących jej imie fanów. Wszystko trwało sekundy. Pośród wielkich głów ochroniarzy i policji zdołałem kliknąć kilka fot. Na naszych maszynkach do surfowania wiszą kłódki - tu z niczym się nie podepnę ;)

Tak czy inaczej przedłuża się to oczekiwanie na upragnione Indie. Na necie bylem już wszędzie…chyba czas na kolejna kawę.

Mam nadzieje, ze kolejny post bedzie juz z Mumbai’u. Zmiatam do Starbuck’a

Barcelona przegrała z liverpool’em ;) Janisz się ucieszy.

21.jpg

wschodzace slonce gdzieś nad Iranem

31.jpg

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 07:59 pm

Jesteśmy już na lotnisku. Jak dobrze mieć trochę szczęścia. Przed momentem, oczywiście kompletnym przypadkiem (minuta później i już by nic z tego nie było) poznałem jakiegoś angola. Jak powiedział, zajmuje się programowaniem komputerów i pokazał nam trick jak oszukać tutejsze maszyny do internetu … surfujemy za totalna darmochę (normalnie £1/10min - koszmar).

Stojąc w kolejce do odprawy dowiedzieliśmy się, ze podobno ma z nami lecieć Shilpa Shetty zwyciężczyni Angielskiego Big Brothera i gwiazda Bollywood. To była przyjemniejsza wiadomość. Mniej przyjemne jest to ze już na starcie nasz lot jest opóźniony o 2 godziny ;(… Wiec starujemy tuz po północy.

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:44 pm

To już dziś… Jeszcze kilka godzin i zaczynamy wyprawe nr1.

Plecak spakowany zgodnie z zasadą im mniej tym lepiej, jednak mimo wszystko prześladuje mnie uczucie, że o czymś zapomnialem. Pewnie przekonam się dopiero na miejscu. Baterie do wszelkiego rodzaju urządzeń jeszcze pocą się w ładowarkach dopinając ostatnie procenty do maxa. Bedzie foto i video. Mam nadzieje, że znajdę jakieś miejsce z szybkim łączem by podesłać wrażenia.

Jeszcze kawa i lece ….

19/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 02:51 pm

Wylot już za 2 dni a dziś niestety kolejna tragedia w Indiach. Terroryści wysadzili pociąg przyjaźni pomiedzy Delhi (India) a Lahore (Pakistan) . Co najmniej 65 osób zginęło. ;(

18/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:12 am

W Chinach Nowy Rok. Tym razem czuwać nad nami będzie… Świnia ;)

Szczęśliwego Nowego.

Indie coraz Bliżej. Dziś siedzę i przeglądam co mogę. Pożeram jak najwięcej informacji co gdzie i jak. Dziś w Londynie było wiosenne 11″ a w Mumbai 35″

Poniżej udało mi się znaleźć mapkę trasy jaką planujemy przebyć jako pierwszy etap naszej wyprawy do Hindustanu: Mumbai - Goa.
mum_goa_map.jpg

15/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 02:43 pm

6 dni pozostało do wyjazdu. Plecak przygotowany. Ciągle jeszcze nie jest zaplanowana główna trasa. Na pewno Bombaj i Goa…

08/02/2007

Filed under: 02.India 2007 — Jarek @ 12:14 pm

Spadł większy śnieg, Anglicy nie mogą sobie z tym poradzić. Szkoły zamknięte. A ja rzuciłem prace.

Powered by WordPress