W wolnym czasie przeglądam zdjęcia z Indii. Trochę jeszcze tego będzie.



News:
Mój Breath z wynikiem 77 w angielskiej skali ocen został najlepszym filmem na roku :).
Essay z film theory już mniej spektakularnie, ale przeszedł również. Połowa drogi za mną.
ufff.
…
Tymczasem w Delhi 35′C w plusie. Ładuje baterie na nadchodzące szare dni.
PS
Wszystkiego dobrego z okazji dnia księżniczek.
Z daleka minęliśmy charakterystyczny pontonowy most na Gangesie. Wiedziałem, że jesteśmy już blisko. Do Waranasi wjechaliśmy od północnej strony. Samochód w tłumie ludzi, zwierząt, motorikszy i innych pojazdów wolno i z trudem przeciskał się wąskimi uliczkami szarymi od unoszącego się w powietrzu gęstego kurzu. Tutaj, w tej właśnie chwili ten tłum nie miał większego znaczenia, czy jakiegoś konkretnego celu. Dopełniał zwyczajnie krajobraz tego najdawniejszego z dawnych miast. Przez zamknięte okna z uwagą oglądałem świat tak dobrze mi znany z wyczytanych wcześniej relacji, zdjęć, czy wreszcie jakże ważnego w moim życiu - scream of the ants. Z dużym niepokojem, ale i ciekawością zaciągałem się tutejszym powietrzem. Napięcie rosło z każdą kolejną uliczką zbliżającą nas do rzeki. Każdy oddech z osobna poddawałem swoistej analizie doszukując się w stercie zapachów czegoś osobliwego, nieznanego. Gdzieś za którymś z tych murów zaraz wyłoni się rzeka, a na jej brzegu będą stosy, na których od wieków codziennie na wolnym powietrzu płoną ludzkie zwłoki. Dla tych, których nie stać na dostateczną ilość sandałowego drewna, obok dużo taniej pracują setki krematoriów. Inni po prostu wrzucają ciała bliskich prosto do rzeki w nadziei na zakończenie odwiecznej wędrówki duszy i wieczny spokój. Urodziłem się w Oświęcimiu, od dziecka słuchałem opowieści dziadków o czarnym dymie i słodkim zapachu znad obozowych kominów. Teraz po latach z dreszczem wyczekiwałem na to co przyniesie wiatr.
Do zmroku zostało jeszcze klika godzin. W pośpiechu do małego plecaka władowałem aparat, a resztę rzeczy zostawiłem w hotelowym pokoju. Wychodząc spojrzałem za okno. Trzecie piętro, wysoka biała ściana sąsiedniego budynku blokowała całkowicie widok. Byłem pewien, że gdzieś już to widziałem. Na korytarzu minąłem bezimiennych ludzi, silnie zajętych zdzieraniem starej farby. Pod hotelem czaiło się kilku bosych rykszarzy. Leżeli ukosem w poprzek pojazdu, podpierając dłońmi czarne, rozczochrane łby. Z drugiej strony, na kierownicy sterczały spękane stopy pokryte grubą, suchą i podeszwowatą warstwą skóry. Pomiędzy zwisało chude ciało przybrane workowatym ciuchem. Wzdrygnęli na widok białego.
-Hello sir, rickshaw, very cheep. No? Maybe tomorrow??
Przeszedłem bez słowa. Rzeka była bardzo blisko, zresztą i tak nie miałem już pieniędzy a w głowie od dawna rozgrywała się wielka bitwa pomiędzy strachem a bezczelną ciekawością, która przywiodła mnie do tego miejsca i z pewnością nie zamierzała odpuścić w takiej chwili.
Matka pchnęła nagle nagie dziecko z wielkim brzuchem i pustą metalową michą. Mały chłopak teatralnie wskazując usta, mechanicznym ruchem wystawił pojemnik w nadziei na kilka drobnych. Przyspieszyłem kroku omijając dziecko szerokim łukiem. Na końcu ulicy, niczym wielki język, spod budynków zwisały betonowe schody zanurzone w czarnej wodzie. Budynki zlepione były w jedną całość izolując człowieka od miasta tworzyły piekielne wrażenie. Stanąłem na schodach spoglądając na rzekę. Po wodzie sunęła spalinowa barka wypełniona drewnem, niżej kilku mężczyzn siedząc wpatrywało się w wodę, po drugiej stronie kobiety wieszały pranie, a przy brzegu kilkanaście łodzi czekało na turystów. Ruszyłem wzdłuż w dalszym ciągu oddychając niepewnie, ostrożnie, rozdzielając w mózgu zapachy i zatrzymując się przy każdym, który wydawał się być nowym. Jednak prócz dymu ogniska, wilgoci, potu zmieszanego z moczem, niczego nie odkrywałem. Siedzący mężczyźni odwrócili wzrok. Zaczęli przekrzykiwać się, rzucając ofertami na tanią przejażdżkę łodzią po rzece. Dzięki nim znów poczułem się pewniej, że to wciąż te same cudowne Indie. Poszedłem dalej. Ze schodów ciągnących się aż po niebo grupa ludzi na noszach niosło ciało zawinięte w złoty błyszczący papier. Podszedł młody chłopak oferując lepszy widok. Automatycznie z pasa zrobiłem zdjęcie. Chłopak spojrzał na aparat, którego głośna migawka zdradziła mój sekret. Wiedziałem, że tu nie można robić zdjęć. Zostawiłem chłopaka i poszedłem dalej omijając świątynie zza której po raz pierwszy zobaczyłem wielką stertę płonącego drewna. Odwróciłem wzrok.
Myśli kłębiły się w głowie.
Hindusi wierząc w reinkarnację przybywają do Waranasi z nadzieją, że w tym miejscu zakończy się wędrówka duszy, która od wieków w bólu odradzała się pod różnymi postaciami. Święty Ganges zabierze duszę z tego świata zjednoczy ją z bogiem i nie narodzi się więcej jako robal, szczur, czy krowa.
Z przeciwnej strony przeszły dwie blondynki, uważnie, na palcach omijając krowie przeszkody. Twarze zakryte białą, czystą chustką. Słońce powoli chowało się za horyzontem. Jeszcze raz popatrzyłem w stronę ognia. Nic prócz płomieni i żaru nie można było zobaczyć. I dobrze. Uspokoiłem są wstrętną ciekawość.
Poszedłem dalej …







W Khajuraho zakończył się kilkudniowy festiwal tańca. Wstęp na jeden wieczór 100RS (około 7zl). Cały dzień kręciłem się po okolicy robiąc zdjęcia na wioskach, które kontrastują niewinnością z chyba najbardziej upierdliwym centrum jakie widziałem. Zorganizowane mafie naganiaczy pracujących na zasadzie podziału ze sprzedawcą atakują każdego turystę z niezwykłą nawet jak na Indie natarczywością. Czasem trzech, czterech kolesi zaciągało mnie do sklepu czy restauracji, przeistaczając się stopniowo coraz bardziej niemiłych typów. Poza centrum i okolicami świątyń już dużo lepiej. Można wypożyczyć koślawy rower na cały dzień za około 30RS.
Tymczasem ja już w Varanasi. Bardzo dużo i szybko się dzieje, nie ma czasu by coś pisać.
Pozdrawiam
Od momentu skończenia filmu, wreszcie mam trochę czasu i mogę skupić się na czymś zupełnie dowolnym. Po powrocie do Londynu z pewnością będzie co robić. Teraz siedzę w jednej z knajp rekomendowanych przez przewodniki, do której przybywają białe twarze z nadzieją na normalniejsze żarcie. Statystycznie wygląda to tak, że już po trzecim, czwartym dniu w Indiach, Europejczyk zaczyna się dobrze orientować w cenach lokalnego papieru toaletowego, który wcześniej niezauważalny, nagle pojawia się na każdym rogu. Hindusi dobrze wiedzą o co chodzi i zależnie od skupienia na twarzach kupujących, ustalają odpowiednią cenę za rolkę. Sam nauczony doświadczeniami z 2007 w plecaku zawszę noszę małą kopalnie w tabletkach zabraną jeszcze z polski i codziennie zapobiegawczo ratuję się węglem. Teraz gapię się na ulicę siedząc w oknie Yasha cafe gdzieś pomiędzy południową a wschodnią bramą Taj Mahal. Wewnątrz klimat późnych lat 60tych. Coraz bardziej ogarnia mnie wrażenie, iż praktycznie nic się tu nie zmienia od czasów kolonialnych. Wszystko co zostawili Brytyjczycy niszczeje pozostawione samo sobie. Z wgniecionych membran dobiega charczący rytm bollywoodzkich soundtracków. Kable wiszą na ścianie niechlujnym zygzakiem łącząc wiszące nad głowami głośniki ze starym regałem, na którym w centralnym punkcie świeci telewizor. Nad każdym ze stolików wiszą od lat szkielety martwych wentylatorów, z których ktoś zdążył jeszcze wymontować resztki pracujących elementów. Za oknem wszystko w normie. Słońce toczy się mozolnie i bez przeszkód po wielkiej bezchmurnej niebieskiej autostradzie i wysusza spragnioną ciepła skórę. Tuż za oknem, wąska uliczka przypomina olbrzymią taśmę filmową z płynnie zmieniającymi się obrazami toczącego się tam życia. Hindusi odziani w stylowe koszule z długim rękawem, w spodniach jeansowych suto zdobionych srebrną nicią i poszerzanym dołem przykrywającym zgrabnie zakurzone sandały, nie zwracają uwagi na palące słońce. Mały drewniany straganik na kółkach wepchnięty nad ranem przez wychudzonego człowieka przyciąga uwagę jedynie okolicznych mieszkańców. Banany, pomarańcze, trochę jabłek i winogron leżą pomarszczone przykryte dzienną porcją kurzu i spalin. Tutaj wszystko tonie w brudzie i kurzu. Ściany budynków straszą czarnymi zaciekami, pozostałością z poprzednich monsunów zmywających ten cały syf gdzie popadnie. Rynny są tutaj zbędnym dodatkiem, niepotrzebnym nikomu. Zresztą estetyka nie mówiąc o higienie jest pojęciem znanym tylko nielicznym. Wchodząc do knajpy staram się nie patrzeć w stronę kuchni by choć mieć wrażenie, że wszystko będzie przyzwoicie. Nie widzę nawet szarych ścieżek po brudnej szmacie, którą ktoś przetarł blat stołu.. Czar nie pryska z chwilą złożenia zamówienia na ręce kelnera z niepełnym uzębieniem, który wygląda jakby właśnie wrócił z pracy w polu. Nie chodzi o to, że szukam hardcorowych wrażeń. To jedna z lepszych restauracji w mieście. Chce powiedzieć, iż mimo tego wszystkiego o czym tu pisze, to wewnątrz czuję się tu świetnie. Jak na innej odizolowanej od normalności planecie, gdzie dosłownie wszystko może się zdarzyć.
Dach hotelu shanti lounge z widokiem na Taj Mahal. Całkiem znośny pokój za niecałe trzy funty. Dwa ostatnie dni to zdjęcia do filmu, gdzieś w przypadkowym miejscu, kilkadziesiąt kilometrów przed wjazdem do Agry. Nagły impuls i zaczęło się dziać. Wyszło całkiem spontanicznie. Niby nakręcone, ale jakoś nie jestem pewien efektu. Ogólnie mam wrażenie, że coś tu pędzi zbyt szybko. Nie mogę się uspokoić. Karmię się wszystkim zbyt mocno i coś przegapiam. Przez to wszystko nie mam czasu na pisanie. Dużo zdjęć, ale jakieś takie nijakie. Poza tym zaliczyłem już prawdziwie sute hinduskie wesele, kilka lokalnych świątyń łącznie z tą we Vrindavan, gdzie narodził się Kriszna.
…..
ekipa filmowa

cyk by inese
zyje jak najbardziej. Do Agry dotre dopiero jutro. Zaczelo sie z filmem. Przyszedl pomysl, gorzej z wykonaniem.
pozdr.
Wczoraj wieczorem dotarłem do miasta Mathura jakieś 60km od Agry. Zmrok w Indiach mimo wrażenia pełni lata, zapada szybko i około osiemnastej jest już całkiem ciemno. Elektryczność nie jest w tym kraju tak oczywista jak w naszej części świata. Poza Bombajem i Delhi braki w dostawach prądu są bardzo częste i nie wzbudzają większych emocji wśród lokalnej społeczności. Natomiast dla mnie braki prądu wiążą się głównie z nienaładowanymi bateriami i z krowimi plackami na totalnie ciemnych uliczkach przypominających te sprzed kilku stuleci. Człowiek w nocy przedziera się pomiędzy śpiącymi gdzie popadnie krowami, walczącymi bykami, wiecznie leniwymi psami i grasującymi pomiędzy tym wszystkim setkami małp wyglądającymi zupełnie jak mini ludzie. Z mojego okna w zasięgu ręki mam trakcję nieizolowanych przewodów wysokiego napięcia do których właściciel przywiązał(!) własne kable doprowadzające prąd do jego mieszkania. Brud i syf jeszcze bardziej widoczny niż na południu, choć mniej śmierdzi. Może nie czuję już tak samo. Może organizm automatycznie przyzwyczaił i oswoił się z tym krajem. Widzę te same obrazy co za pierwszym razem, ale powoli przyjmuje to za normę. Zaczynam też bardziej rozumieć ten cały system, który oficjalnie powinien już dawno przestać istnieć. System kast. Dziś zostałem zaproszony na ślub. Ponad 1000 gości. Przyjęcie z honorami, rozmowy, przyklaskiwania, ochy achy piękne ciuchy. W tle ekipa z najniższej kasty służy państwu. Marynarka z lat 50tych z przeprutym rękawem, gołe stopy a w oczach mimo uśmiechu na twarzy, lata smutku i beznadziei i wielu skrytych łez. Pracują w zamian za jedzenie. Nie mają prawa mieć własnego zdania, śpią na kupie w specjalnym pomieszczeniu. Kiedy spytałem gospodarza o mojego kierowcę, który w związku z filmem jest ze mną już od kilku dni i którego zdążyłem zwyczajnie polubić, gospodarz popatrzył z niesmakiem i powiedział bym się nim nie przejmował, służba śpi w osobnym pokoju i poślą po niego jak tylko go będę potrzebował. W ogóle do niego nie dotarło, że nie pytam po to by mieć go pod ręką a dlatego, że zwyczajnie się o niego martwię. Dla mnie przez te kilka dni kierowca, mimo słabego angielskiego, stał się już zwykłym kumplem, towarzyszem podróży. Dla nich tutaj to ktoś kto jak pies będzie czekał na mój rozkaz i nie wypada mu mówić, że dziś ma wolne, że może iść na spacer. Nie wypada w ogóle z nim rozmawiać. Żadna ze stron nie protestuje. Tutaj tak już jest. Mniejsza o to i tak nie naprawię tego świata. Mogę co najwyżej ponarzekać.

Jest już dużo lepiej. Jaipur oswojony z białym człowiekiem pozwala na dużo więcej. Znów mogę wtopić się w ulicę i bardziej ją poczuć. Czasem czuję się tu jak na wielkim placu zabaw z nieskończonymi atrakcjami. Do Jaipur dotarłem nad ranem kompletnie wykończony całonocnymi samobójczymi manewrami kierowcy.
Dziś cały dzień na mieście, nie mogę się zebrać by coś napisać. Za bardzo pędzę, chyba za bardzo stresuje mnie film. Jest wyzwanie. Jutro wracam w stronę wschodnią w kierunku Agry i taj maha.
Tak…
…by zaliczyć.
pa


Mieścina kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Trudno mi wszystko ogarnąć. Panuje kompletny chaos. Nie mogę swobodnie wyjść na ulice. Po kilku sekundach prowadzę pochód dziesiątek dzieciaków zwołanych na hasło z tłumu - english man! Śledzą mój każdy ruch. Niczego tak naprawdę nie chcą, nie ma żebrania. Idą i obserwują, uśmiechają się. Z biegiem ulicy, sytuacja przypominając efekt śnieżnej kuli wymyka się z pod kontroli. Nie ma sekundy swobody. Nie ma gdzie uciec. Są wszędzie. W domach, oknach, na dachach, obok, przed i za mną. Wszędobylskie wielkie czarne oczy. Z czasem tłum zaczyna nabierać odwagi. Zaczynają pytać, dotykać, macać. Ucieczka.
Ucieczka do Radżasthanu. Wioski i miasteczka nie zdają egzaminu. Nie ma szans na film. Musze wszystko jeszcze raz przemyśleć, oswoić się z sytuacją. Kocham to słońce.
Kocham to miejsce. Odezwę się jak się tylko bardziej zorganizuje. W Delhi jeszcze większy chaos niż w Mumbai. Ciepło.

Bardzo.
w zasadzie wszystko gotowe. Spisane rzeczy leżą na podłodze i czekają na decyzje do czego je spakować by było wygodnie i by nie wzbudzać zbytnio zainteresowania hinduskich celników szukających wizy filmowej, która w ambasadzie była do wyboru dużo drożej niż moja turystyczna. Tak naprawdę, przez ten cały bałagan ostatnich dni nie zdążyłem jeszcze się nacieszyć tym, że w końcu to się dzieje. Jest dobrze. Nie mam jakiegoś konkretnego planu i nie miałem czasu na lonely planet, ale niech to już będzie tradycją. Wole bardziej przypadkowe miejsca niż te, w których każdy powinien być, choć z pewnością w samolocie będzie czas by coś przeczytać. Jedynym pewnikiem na mojej mapie jest Varanasi. To jedno z tych miejsc, które mają jakieś dziwne przyciąganie…ale o tym pewnie jeszcze będzie.
Sprzedać lodówki nie mogę, gdyż ta londyńska nie do końca jest moja, ale z pomocą plastikowych przyjaciół udało się spełnić najbardziej palące marzenie i już za 60dni wracam do Indii by tam nakręcić materiał na film dokumentalny, który będzie zaliczeniem semestru letniego na TVU.
Powered by WordPress