Przywróciłem mój pokój do wyglądu sprzed dziesięciu lat i czuje się teraz jak w prawdziwej kapsule czasu. Jakby ten w ogóle nie upłynął. Dziwny stan, ale wydaje się, że ja już tylko w takiej formie tutaj pasuje. Zupełnie nie reaguje na zachęty starych znajomych do udziału w coniedzielnym wyścigu wózków dziecięcych na odcinku - kościół, budka z piwem. Wyraźnie nie czuje jeszcze powołania. Ale i z ruchu warg znajomych odczytać można brak zrozumienia dla moich pasji. Cóż każdy ma innych idoli. Tak więc, pół dzisiejszego dnia spędziłem na poszukiwaniu tanich biletów w kierunku Azji. Bo tym razem nie chce skończyć na samych Indiach. Jednak sądząc po rezultatach - agent w biurze turystycznym zostaje automatycznie skreślony z listy moich wymarzonych zawodów. Dzisiejszy internet daje zdecydowanie zbyt dużo możliwości. A to przez Turcję, to przez Dubaj, tanio ale ze spaniem na lotnisku, może bezpośrednio, ale które linie. Kupić tutaj i mieć spokój, czy na miejscu bać się by oszukał cie jakiś lokalny spec od biletów. Może jutro będzie taniej? W końcu muszę to mieć za sobą.
Do niektórych miejsc dobrze jest wracać i tak pewnie będzie z Norwegią. Przyjechałem się rozejrzeć, ale nie urwałem sobie głowy. Pewnie dlatego, że do marca mam co robić…, a i nadchodząca zima mi tu straszna. Na wiosnę z pewnością jest tu dużo piękniej. Mocno poukładany kraj uśmiechniętych ludzi, gdzie przysłowiowa sprzątaczka w miesiąc spokojnie odkłada na roczny pobyt w Indiach. Na ulicach niezapięty łańcuchem drogi rower, tubylców zaskakuje tyle co widok nagiego staruszka na hiszpańskiej plaży nudystów. W Anglii taka rowerowa okazja już po piętnastu minutach z nową, pachnącą farbą stałaby odpicowana na londyńskim Sunday Market. Tu nikomu takie rzeczy do głowy by nie przyszły. Bo niby po co? Każdy wszystko już tu ma. Dlatego tym bardziej jestem w stanie wyobrazić sobie szok z jakim przyjęto tu wiadomość o lipcowych wyczynach Breivik’a. W ten sposób dochodzimy do spraw, które w mojej wersji raju by nie przeszły. O ile w normalnych cywilizacjach temperatura bliska zeru zazwyczaj oznacza oficjalne ogłoszenie zimy, zwinięcie restauracyjnych krzesełek, stolików z parasolkami stojących na zewnątrz do głębokich piwnic, to tutaj ta zasada zupełnie nie obowiązuje. Ludzie-pingwiny ignorują zimno i siedzą na zewnątrz zawinięci w grube kraciaste koce, wcinając ze spokojem obiad. Pomyśleć można - biedaki - pewnie łapią resztki słońca. Z każdym dniem będzie coraz mniej go nad Norwegią. Ale tu i w nocy sytuacja się nie zmienia. Ogołocone z ludzi wnętrza kafejek, a przed nimi gaworzący tłum z kubkami kawy, który za nic ma to, że ja już dawno wszedłem w sezon „kurwa, ale zimno”. Przypominają mi się czasy krakowskiej giełdy komputerowej na początku lat dziewięćdziesiątych i gorąca herbata sprzedawana przez gościa schowanego w przyczepie kempingowej. Tyle, że tam nie było się gdzie schować przed zimą, a ta herbata w topiącym się od gorąca tandetnym plastikowym kubku, nie jednemu uratowała dłonie przed odmrożeniem. Co kraj to obyczaj. Jak już kiedyś pisałem, wole być znudzony monotonnym upałem przez długie tygodnie i biegać boso po trawie, niż nosić na sobie 30kg swetrów i udawać, że wcale nie jest zimno. Za to z wyjazdami Norwegowie mają całkiem nieźle. Nie ma takiego miejsca, gdzie byłoby drożej, więc jeśli by się dobrze zastanowić, każdy wyjazd to czysta oszczędność. Fajnie nie?
Na stronie photolifeway jest już pełny program kursu fotografii, jaki z wielką (by nie napisać zajebistą) przyjemnością poprowadzę w styczniu w Indiach. Zapraszam.
Od trzech dni niebo nad londynem wygląda jak wycięte z gokarny. Nie muszę pisać jak to na mnie działa. Po eksmisji gołębiej mafii, wprowadziłem się na balkon, który normalnie przez pozostałe 360 dni jest moim meteorologicznym punktem obserwacyjnym wszelikich możliwych zamieci i zawiei. Mini stolik, leżak, laptop, czarna kawa z dużą ilością cukru i mam miejsce, którego sam cejrowski mógłby pozazdrościć.
Po różnych przewrotach, zmianach planów, pokręconych, głupawo upartych zleceniodawcach i innych takich, w końcu dograłem brakujący motyw do zamrożonej w czasie reklamy restauracji i mam nadzieje wkrótce z nią skończyć. Nie ma łatwo. Szumne zapowiedzi z marca o dziesiątkach projektow reklamowych skutecznie gasi modna wymówka o kryzysie. I tak nie ma się co załamywać. Na jesień gaszę światło w Londynie i jadę na północ. Zanim jednak przewietrzę mózg gdzieś w Norwegii,- 1go października na bricklane (wschodni londyn) organizuje dwudniowy kurs street photo. Będziemy mówić o technikach, sprzęcie, zatrzymywać przechodniów i robić dużo zdjęć. zapraszam: mail@jarekjarosz.com