W drodze z betonowego Agadiru, lokalny autobus gnał bez słowa przecinając w tumanach kurzu wysuszoną ziemie północnej Afryki, która kilometrami straszyła kolczastymi krzewami, trwającymi jakimś cudem na tej pokurczonej i spękanej rdzawo-czerwonej ziemi. Spocony, z dala od klimatyzacji i luksusów z butelką czystej wody, kołysany rytmem pokonywanych minut, wprowadzony w jakiś dziwaczny trans, właśnie wtedy, gdzieś wewnątrz siebie, szczęśliwy czułem, że żyje. Mimo, iż Maroko stopniowo ugina się pod naporem ciekawych, którzy jak ja, stosunkowo tanim kosztem, chcą poczuć namiastkę prawdziwej przygody, to wciąż właśnie tu, można oszukać przewodniki i ramie w ramie z tubylcami spełniać marzenia o dzikich podróżach. Marrakesz jest miejscem styku dwóch wielkich światów. Mieszkańcy tego miasta pełnego kontrastów, nauczeni wiekami doświadczeń, czekają na kolejnego naiwnego europejskiego turystę niczym myśliwy na ofiarę. Zaskoczenie nastąpiło już w pierwszych minutach. Przystanąłem zaciekawiony kobrą, która rytmicznie zataczała się to dźwięków, czy może ruchów fletu (węże ponoć są głuche), gdy jakiś koleś, mimo moich protestów, zarzucił żmije na moją szyje. Sparaliżowało mnie na tyle, by inny zdążył zrobić zdjęcie, za które cała grupa zażądała zapłaty. Niby “co łaska”, ale dobrze, gdyby była papierkowa. Dalej była Medina. Miejsce wyjątkowe. Największy nienaturalny labirynt, domów, murów, sklepików i targowisk. Podobno każdy nowy musi tam się zgubić. Tam właśnie następuje kulminacja frustracji. Po kilku godzinach błądzenia w niemiłosiernie mocnym słońcu, po uliczkach szerokości jednego samochodu, gdzie raz po raz człowiek staje w bezruchu zaskoczony kolejnym szalonym motocyklistą, który na milimetry mijając osobę, trąbi w ostatnim momencie przeraźliwie skrzeczącym klaksonem. Wtedy właśnie pojawiają się hieny, które bezczelnie pokazują ci zupełnie niewłaściwa drogę do wyjścia. Taką, byś niby przypadkiem, wpadł na sklepik jego brata, który z dala krzyczy, że oglądanie nic nie kosztuje i bym wstąpił na minutkę. Dalej szybkie pytanie o to skąd pochodzę. Polska. -aaaa….Polonia, Smolarek, Lato, Dudek itd. W chwilę wymieniają skład polskiej reprezentacji, kilka dodatkowych linijek w stylu - dobrze, dobrze, zapraszamy. Milczę, ignoruje, słyszę z oddali jeszcze kilka innych polskich zdań. To stary dobry trik na rozluźnienie atmosfery. Czasem nawet działa. Jeden z naganiaczy, próbujących namówić na kolację właśnie u niego , zdołał zacytować jakąś wypowiedź Makłowicza, trwającą dobrą minute. Złamałem się.
Pomijając to, jeśli człowiek dobrze się rozejrzy, schowa podpatrując ten niezwykły świat przy filiżance miętowej herbaty. Można zobaczyć dużo więcej. Pomiędzy tym całym turystycznym szaleństwem, żyją ludzie swym normalnym dziennym trybem. Nie obeszło się bez porównań do Indii. I tu i tam lokalni ludzie uwięzieni są granicami własnego paszportu, który nie pozwala im wydostać się do innego świata. Siedząc wygodnie w fotelu restauracji obserwując twarze ludzi placu Dżamaa el Fna, znów czułem się w pozycji niesprawiedliwie uprzywilejowanej i wiedziałem, że jest to tylko dlatego, że urodziłem się w innym miejscu. Mimo iż pochodzę z bardzo małego miasteczka i nie miałem bogatego wujka, to siłą własnych marzeń i pracy jeśli tylko chcę, mogę odłożyć na bilet zerwać z owczym pędem wydostać się z matriksa i zanurzyć w świecie, gdzie czas płynie dwa razy wolniej a później, kiedy zechce, wrócić wpiąć się do systemu i biegać za kolejnym nowym aparatem, pralką czy lodówką. C D N..































