
14/03/2012
13/03/2012
10/03/2012
09/03/2012
06/03/2012
03/03/2012
29/02/2012
28/02/2012
27/02/2012
McLeodGanj
Dwa dni w łóżku. Jutro wracam do Deli. Górski klimat zdecydowanie mi nie służy.


25/02/2012
dharamsala
Tylko ja moglem wjechac w himalaje o 5 rano w trampkach i koszulce. (sic!) Dawno tak nie zmarzlem.
24/02/2012
23/02/2012
bhuj
W wagonie szybko zgasili światło. W ciemności zająłem się układaniem plecaka, który w trakcie nocnych podróży zamienia się w poduszkę. W ten sposób w podczas snu mam poczucie, że mój cały dobytek pozostaje pod ciągłą kontrolą. Ze środka wyjąłem butelkę rumu. Rafał nielegalnie dostał ją zawinięta w gazetę od jakiegoś zrozpaczonego hindusa, którego dziewczyna bawiła się samotnie na czyimś weselu. W Gandijskim Ghujaracie picie alkoholu zakazane jest od wieków. Nie chciałem sprawdzać co za to grozi, dlatego rozejrzałem się badawczo i szczelnie zasłaniając scenę ciałem, ostrożnie rozlałem płyn do dwóch metalowych kubków. Wcześniej kupiłem je na targu w Bhuj. Po powrocie rozdam je znajomym, ale teraz aluminium znakomicie nadawało się by ukryć to czego nie chciałem pokazać. Pociąg ruszył rozrzedzając kwaśny zapach dworcowego moczu. Schowałem butelkę. Rum zmieszałem z colą i podałem Rafałowi, który dzielił prycze obok. Piliśmy dużymi łykami by zdążyć przed kolejną kontrolą uzbrojonego żołnierza. Ten jakby czuł nasz plan i cyklicznie, podejrzliwie szybkim krokiem pojawiał się w wagonie, po czym znikał znów na chwilę w ciemnościach korytarza. W przedziale było cicho. Lokalesi szybko zajęli numerowane, skajowe miejsca i bez słowa poszli spać. Tym razem nie było gry w karty, nie było też wrzeszczących kolesi sprzedających masla chai. Było zbyt późno. Hindusi raczej nie należą do tych, którzy ochoczo spędzą z tobą noc rozważając egzystencjalne problemy. My zresztą też byliśmy już zmęczeni. Otworzyłem okno zabijając zapach spirytusu. Chwile później zajrzał żołnierz.
-why are you not slipping yet?
-watching english film, sir – odpowiedział Rafał wskazując na swój laptop. Żołnierz uśmiechnął się i odpuścił. Polałem na drugą nogę i znów szybkimi chełstami wlaliśmy w siebie sporą porcje alkoholu. Dochodziła północ. Do Bombaju było jeszcze piętnaście godzin a my musieliśmy jakoś zabić czas. Wyjąłem laptop by obejrzeć zdjęcia z ostatnich kilku dni. Sam nie wiem dlaczego wybrałem właśnie Bhuj. Chciałem zobaczyć coś na północ od Bombaju. Powód był wystarczający. Nigdy wcześniej nie byłem w Gujarat. Wyjąłem mapę i palcem trafiłem właśnie w Bhuj. Swojsko brzmiąca nazwa podświadomie pomogła mi w wyborze. Później prosto z Rajastanu miałem jechać w kierunku w Dharamsala tyle, że w Indiach łatwiej dostać za darmo haszysz, niż kupić bilet na pociąg. Nie chcąc więcej tkwić w zakurzonym i drogim Bombaju wybraliśmy autobus. Tak jak w Polsce przyjęło się, że kopiowanie dokumentów to kserowanie, mimo iż nie każda kopiarka jest firmy Xerox, tak tu każdy dalekobieżny autobus nazywa się Volvo, nawet jeśli wcale nie przypomina niczego co znane w Europie. Za 700 rupii na głowę dostaliśmy dzieloną pryczę i przez całą noc wisząc pod sufitem na każdym z zakrętów zastanawialiśmy się, na którą ze stron przewróci się to volvo. W autobusie do Ahmedabadu nie widziałem myszy, pluskiew czy prusaków. Leżałem z głową obok lampy wokół której zbierały się komary. Czekały tam cierpliwie aż skończymy rozmawiać i zaśniemy. W głowie miałem słowa Basi – „czuje się jak w Auschwitz”, gdy przed kilku dniami po raz pierwszy w w życiu zobaczyła indyjską kuszetkę z potrójnymi łóżkami. Kierowca wyrzucił nas nad ranem. Na przystanku nie było ryksiarzy. Zresztą i tak nie wiedziałem, gdzie chce iść. Wiedziałem, że musimy złapać coś w kierunku Bhuj. Szybko wypatrzył nas jakiś agent. Na papierowym bloczku wypisał bilet po czym bosą stopą odpalił starą hondę i zawiózł nas na inny przystanek. Wciśnięty na trzeciego, z motoru oglądałem miasto i obcych mi ludzi szukając czegoś nowego. Czegoś co mogło tu powstać na odcinku tysiąca kilometrów od Bombaju. Ale widziałem dobrze mi znane, leżące ciemne ciała ciasno zwinięte w szare, brudne szmaty. Wełniane szale owinięte szczelnie wokół uszu pomiędzy brodą a czubkiem głowy mające chronić przed niewidzialnym zimnem. Dla nich jest przecież koniec lutego. Myślę o Europie w której tak ciepło jak tu i teraz bywa tylko w lipcu. Dopiero za miastem, przez okno dojrzałem tych prawdziwych rajastańskich mężczyzn. Takich jak ci z okładki lonely planet – o brązowych zmęczonych twarzach zmiętych pustynnym słońcem. W wielkich turbanach i białych szatach. Pędzących wielbłądy w pustynnym kurzu. Kobiety w mocno zielonym sari pracowały w polu osuszając sól. Poczułem, że wciąż nic nie wiem o tym kraju. Mimo składanych sobie obietnic nie przeczytałem niczego co choć na trochę zabrało by mnie pod powierzchnie tego co oczywiste i widoczne zza szyby. Bolało to, że w tym tempie nie odkrywam a zaliczam. Z drugiej strony wiem, że miejsca i rzeczy istnieją tylko wtedy, gdy ktoś na nie patrzy. Wyjąłem aparat i zacząłem robić zdjęcia. W hotelu w Bhuj zostawiłem plecak. Prysznic nie miał sensu. Na zewnątrz było prawie czterdzieści stopni. Uznałem, że lepiej będzie stracić czas w recepcji, gdzie sprawdziłem maila i wysłałem parę zdjęć. W sieci stara gwardia fejsbrukowych aktywistów witała nowy dzień ogłaszając światu swoje nowe plany i inne osiągnięcia wczorajszego dnia. Później z hotelu zabrała nas taksówka. Pojechaliśmy w stronę czarnych wzgórz. Ostatnie wzniesienie przed granicą z Pakistanem. Dalej już nie można…
20/02/2012
19/02/2012
17/02/2012
16/02/2012
14/02/2012
13/02/2012
12/02/2012
09/02/2012
Zawieszony w kraciastym flanelowym hamaku wiszę pomiędzy palmami i oglądam ekipę mrówek skupionych na rozkładaniu resztek pringelsa, który upadł w trakcie wczorajszej imprezy.Palmy dają trochę leniwego cienia. Na plaże jeszcze zbyt gorąco. Próbuje wymyślić jakiś plan na resztę pobytu w Indiach. Jutro w nocy pociągiem wracamy do Bombaju. Później jeszcze mała fucha z Rafałem i zostaje tu sam.Miałem pomysł na Bangkok, ale moja indyjska wiza nie pozwala mi wyjechać z kraju na krócej niż 30 dni. A wtedy nie złapie powrotnego lotu do Londynu. Dlatego muszę zostać w Indiach. Prawdopodobnie pojadę na północ w stronę himalajów, ale zobaczę jeszcze jak to będzie wyglądało. Jak dotąd wszystko zgodnie z planem. No, może poza amebą, której ku mojemu zdziwieniu, nikt jeszcze nie załapał. Zdjęć praktycznie nie robię. Pewnie później będzie więcej czasu.
08/02/2012
zrobilem
sie na budde.

cyk.Kasia
Nie bardzo jest czas na pisanie. Wczoraj Hampi, dzis Palolem. W autobusie zjadl mnie jakis czerwony robal. Zginał po kilkugodzinnych poszukiwaniach.
06/02/2012
04/02/2012
30/01/2012
jestem
juz w Bombaju. Internet wciaz tu zabija. Stracilem dobre 15 minut by wrzucic ta notke.
ehh
ale przynajmniej znow jest cieplo.





















































